niedziela, 4 maja 2014

bell hooks ma rację: olać dominację (lewica feministyczna albo żadna)

Jestem feministą, to znaczy: wiem, że żyję w patriarchalnym społeczeństwie, noszę w sobie owoce patriarchalnej, seksistowskiej socjalizacji. Jestem feministą, to znaczy, że nie przyjmuję tych owoców z dobrodziejstwem wychowania. Mimo głębokiego, kulturowego wdrukowania ciągle podejmuję pracę dekodowania seksistowskich przyzwyczajeń, roszczeń, oczekiwań, społecznych interakcji po to, by je wypleniać ze swojego życia i z życia mojej rodziny oraz szerokiego kręgu przyjaciół i przyjaciółek, znajomych, współpracowników, itd.

To ważne, by dostrzec powszechność i powszedniość patriarchatu. Jest ważne, by rozpoznać mechanizmy jego ideologicznej czy kulturowej reprodukcji. Ważne, by zrozumieć, że w patriarchalnym społeczeństwie jesteśmy wychowywani i wychowywane do życia w patriarchacie i do dostarczania mu kulturowej pożywki, dzięki której ma on zdolność odradzania się. By móc to zrozumieć bardzo ważne jest też, by nie traktować seksistowskiej socjalizacji, jakiej było się poddanym/poddaną jako samooskarżenia, by przestać się bać samokrytyki i otworzyć na moc równościowej wiedzy, która krętymi drogami zmierza do rewolucyjnej zmiany społecznej.

Tak, mam głęboko przyswojony patriarchalny model życia społecznego. Nie, nie chciałem tego, nikt zresztą o to nie pytał, gdy poznawałem „normalne” wzorce zachowań „normalnych” mężczyzn i kobiet. Dostałem to dziedzictwo od pokolenia mojego ojca i mojej matki (które dostało go od wcześniejszych pokoleń). Wyniosłem je z domu, ze szkoły, z ulicy, z telewizji. Nieustannie się z nim mocuję, niejednokrotnie ponosząc klęski (raniąc najbliższe mi osoby). Doświadczam jednocześnie refleksyjnej mocy wyzwolenia z okowów przemocowych struktur społecznej gry, wyzwalając tym samym miłość i zaufanie najbliższych mi osób. Doświadczając efektów emancypującej autorefleksji i przełożenia, jakie daje ona na praktykę życia wbrew nabytym wzorcom, tym bardziej wierzę w socjalistyczny projekt przewrotu społecznego.

Aby dostrzec powyższe zależności nie potrzebowałem już książki bell hooks, wiedziałem o nich wcześniej. Dla kogoś innego, kto wypiera realność patriarchatu, „Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum”, przetłumaczona przez Ewę Majewską i wydana w zeszłym roku przez Krytykę Polityczną (blisko 30 lat po pierwszym amerykańskim wydaniu) może się okazać książką bardzo użyteczną. Jej lektura wśród polskich towarzyszy i towarzyszek w walce o godność, równość i sprawiedliwość społeczną jest więcej niż wskazana. To bardzo dojmujące, gdy po raz kolejny okazuje się, że wśród osób na różny sposób zaangażowanych w Polsce w coś, co można nazwać ideową lewicą, wiedza o realnym feminizmie zastępowana jest często uprzedzeniami wobec feminizmu wyimaginowanego, a obrona maczyzmu i negowanie realności patriarchatu mają powab prawdziwie lewackiej rebelii wobec „politycznej poprawności”, która to „niepoprawność” z „lewackością” nie ma zresztą przecież wiele wspólnego – przeciwnie, stanowi oręż reakcyjnej międzynarodówki konserwatywnej. Patriarchat istnieje i ma się świetnie, na co dowód stanowią lewicowi działacze i uczestnicy ideowych dyskusji, wykpiwający jego realność. Czy można, będąc hegemoniczną ideologią, życzyć sobie czegoś więcej, niż przejrzystość nawet dla lewicowej krytyki?

Książka bell hooks jest, mimo kilku formalnych wad, dobrze skomponowana. Nie jest przeładowana akademicką nomenklaturą, skierowana do różnego czytelnika, który niekoniecznie ma doświadczenie w czytaniu abstrakcyjnych treści. Jest to ważne zwłaszcza ze względu na główną tezę „Teorii feministycznej”, czyli konieczność budowy szerokiego, powszechnego ruchu feministycznego, rozumianego jako jeden z istotnych elementów projektowanej przebudowy społecznej.

W „Teorii feministycznej” hooks zarysowuje horyzont zmiany o którą chodzi: to pożegnanie ze społeczeństwem opartym na dominacji (płciowej, rasowej, klasowej i wszelkiej innej). Zasada dominacji („przekonanie, że ten, kto ma wyższą pozycję, powinien kontrolować tego, kto ma niższą”) tworzy społeczne struktury opresji.

Opresja seksistowska ma pierwszorzędne znaczenie nie dlatego, że leży u podstaw wszystkich innych form opresji, ale dlatego, że jest praktyką dominacji, której doświadcza większość ludzi, bez względu na to, czy są dyskryminowani, czy sami dyskryminują, wyzyskiwani, czy sami wyzyskują. To praktyka dominacji, którą większość ludzi uczy się akceptować, zanim jeszcze dowiedzą się o istnieniu innych form opresji grupowej. Nie oznacza to jednak, że usunięcie opresji seksistowskiej wyeliminowałoby inne formy ucisku. Skoro wszystkie formy opresji są w naszym społeczeństwie ze sobą powiązane, ponieważ wspierają je podobne instytucje i struktury społeczne, jednego systemu nie można zlikwidować tak, by reszta pozostała nietknięta. Sprzeciw wobec seksistowskiej opresji jest podstawowym krokiem w dążeniu do wyeliminowania wszystkich jej form.

Wskazanie na dominację i wynikającą z niej opresję jako fundament panującego porządku (który – właśnie z przyczyny klasowej, rasistowskiej, (hetero)seksistowskiej i innych opresywności – jest generalną przyczyną naszego nań ataku i nieustannie ponawianych prób podkopywania, sabotowania, wywrócenia) jest o tyle oczywiste, co przywracające tę prostą ideę do centrum lewicowej debaty. Właśnie tak: jesteśmy przeciwni systemowi, który opiera się na dominacji, wyzysku, opresji, poniżaniu i wykorzystywaniu słabszych.

System oparty na dominacji silnych osobników nad słabymi to gra, której kluczową regułą jest darwinowska zasada sprawowania władzy w oparciu o przemoc, albo inaczej: heglowska relacja Pana do niewolnika. To, czego – jako ideowa lewica – chcemy, to wyjść poza tę logikę uznania Pana w tym, kto zaledwie decyduje się w to grać wbrew innym i, korzystając z takiej lub innej formy przemocy, dąży do uznania własnej supremacji (zwykle jest to mężczyzna – w rolach męża, ojca, szefa, białego czy heteroseksualisty – ale nie koniecznie).

Wszystkie relacje społeczne, o jakich w ogóle można pomyśleć, nawet jeśli z jakichś przyczyn muszą pozostawać hierarchiczne, można tworzyć poza logiką dominacji, w oparciu o wypracowany na nowo kontrakt społeczny. Jest to możliwe o ile zgadzamy się (a mam nadzieję, że jako ideowa lewica zgadzamy się), że społeczeństwo jest konstruowane i konstruowalne; że element biologicznego, „naturalnego” zdeterminowania ludzkiego organizmu i jego środowiska nie ma bądź nie musi mieć znaczenia społecznego.

Taki nowy kontrakt dla świata to utopia, horyzont który chcemy nazywać socjalizmem, komunizmem, anarchizmem czy w jakiś jeszcze inny sposób. Ciężcy od lektur teoretycy zdradzają tendencję do przycinania ich znaczeń do kwestii ściśle gospodarczych czy ekonomicznych, czasem odwrotnie: kulturowych czy psychologicznych, albo też szerzej: politycznych i klasowych. Tak jakby zniesienie społeczeństwa klasowego albo wywłaszczenie wywłaszczycieli miało moc wyzwolicielską na każdym poziomie społecznej konstrukcji. Tak jakby biologiczna, przemocowa zasada dominacji nie miała w przeszłości dostępu i możliwości demolowania osiągnięć rewolucyjnych osiągnięć.

Stan usprawiedliwianej społecznie (zawsze przez silniejszych) „natury” to znane od Róży Luksemburg barbarzyństwo. Socjalizm, o którym pisała w swojej słynnej i wiecznie żywej alternatywie, to twórcza moc człowieka pracy – myślącego, projektującego, planującego, wdrażającego plany i projekty twórcy wartości. Jeżeli jako ideowa lewica możemy żyć w horyzoncie wyobrażonego świata bez konfliktu klasowego, dlaczego tak często musimy (choćby po fejsbukach) spierać się o dominację seksistowską? Dlaczego tak rzadko przychodzi nam do głowy, by spróbować postawić się w roli ofiary nie tylko kapitalizmu, ale też koegzystującego z nim w gęstej sieci powiązań patriarchatu?

Nie, nawet jeśli pierzesz, gotujesz, zmywasz częściej niż dziewczyna, nie oznacza to, że patriarchat nie istnieje. To że go wypierasz, nie czyni go mniej realnym.

Czekam dnia, w którym o kwestii feministycznej zaczniemy mówić na polskiej ideowej lewicy jednym głosem (co bynajmniej nie zakłada konieczności identyczności poglądów na rozmaite kwestie wewnątrz feministycznego dyskursu). Wydaje mi się, że dzień ten jest bliższy niż był przed polskim wydaniem „Teorii feministycznej”. Trudniej od teraz będzie bez wywołania śmieszności na lewicy utożsamiać straszne słowo na „F” jedynie z Henryką Bochniarz.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Koniec z etyką, czyli o brzytwie Hartmana

Z profesorem Hartmanem nie po drodze mi od tak dawna, że nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałem jakikolwiek jego tekst lub z uwagą słuchałem tego, co wypowiadał w przygodnym telewizorze. Tym razem zabrał głos – jako etyk i filozof oczywiście (ta oczywistość jest jednak znacząca w tym wypadku) – w kwestii talerza. Po denuncjacjach na fejsbuku nie sposób było przejść do porządku bez lektury. Ta zaś była do tego stopnia porażająca, że obudziła od dawna śpiące tofu. Oto pierwsze słowa wywiadu dla Wyborczej pt. "Mięsożerco, nie czuj się winny":
Krystyna Naszkowska: Jak filozof, etyk radzi sobie ze swoją mięsożernością? Przecież jedząc mięso, przyczyniamy się do krzywdzenia zwierząt. Musimy być wegetarianami, jeśli chcemy być naprawdę ludzcy?
Prof. Jan Hartman: Nie można stawiać ludziom wymagań niemożliwych do spełnienia. Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym i nie ma co udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Człowiek, który je mięso, nie musi czuć się winny z tego powodu. Jednak powinniśmy dążyć do tego, aby, jeśli to tylko możliwe, jeść mięso pochodzące od zwierzęcia, które miało akceptowalne życie, a śmierć nie była dla niego cierpieniem.
Możemy zrobić wysiłek, by życie tych miliardów zwierząt, które powołujemy do istnienia, karmimy, by je potem zabić i skonsumować, nie było tragiczne. Możemy też postarać się o to, by ich śmierć była natychmiastowa i nie była poprzedzona traumą. Być może to wszystko kosztuje, ale mamy moralny obowiązek te koszty ponosić.
Uwaga, uwaga! Przed nami Profesor Filozof Etyk! Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym. Ha! Tyle lat, stuleci, tysiącleci kombinowania wokół kwestii naszych powinności, by w krótkim, treściwym komunikacie (prawie jak od Wittgensteina, tego z „Traktatu”) poinformować pospólstwo, że droga skończona, cel osiągnięty.

Zabijanie się jest czymś zwykłym w naszym świecie – mówi Profesor Etyk. Niby nie odkrył Ameryki (bo odkrył ją przed nim Paweł Kukiz, wyśpiewując, że „tutaj jest jak jest, po prostu, i ty dobrze o tym wiesz”), ale jednak posunął sprawę radykalnie do przodu. Mały krok dla Profesora, wielki – bo ostateczny – dla etycznej refleksyjności.

Skoro już bowiem wiemy, że to, iż zabijamy, jest czymś zwykłym w naszym świecie, i wiemy to od Profesora Etyka, który zdanie to wypowiada w ramach szerszego etycznego (a jakże!) usprawiedliwienia dla zabijania, to znaczy, że kwestia powinności została właśnie zniesiona! Hura! Wolność na miarę możliwości Księcia Liberalnych Mędrców! Precyzyjny, chirurgiczny cios brzytwą Ockhama redukuje skalę naszej omylności o wyjątkowo złośliwy (bo zwykle mało precyzyjny) poziom refleksji filozoficznej.

Mówiąc krótko: filozofia (i etyka) to przeżytek. Zabijaliśmy, zabijamy i będziemy zabijać, bo taki jest świat. Sprawiedliwość to zabobon rozspekulowanego pre-hartmanizmu. Sprawiedliwości nie ma i nie było, a zabijanie było i jest, i będzie. Bo taki właśnie jest świat. Dziękujemy! Do widzenia (albo do zjedzenia)!

Na pierwszy łyp oka jednego Hartmanowi nie można odmówić: cywilnej i zawodowej odwagi. W konsekwencji obranej przez niego strategii „iść na całość” możliwe są bowiem tylko dwa stany: zapadnie się cała światowa myśl etyczna, albo zapadnie się on sam.

A jednak odwaga Hartmana ma swoje granice (w końcu on też jest z tego zwierzęcego świata i jakieś zwierzęce odruchy też nim pewnie szamocą), które uwidaczniają się w tym, że po ogłoszeniu końca etyki nie stawia kropki i nie żegna się z Krystyną Naszkowską. Nie, brnie dalej, próbując jednak ożywić trupa etyki, którą przed sekundami tak spektakularnie ukatrupił. I za każdym kolejnym zdaniem (pewnie chciałby, bym traktował je jako wnioskowania, ale, sorry, Winnetou, w świecie, jaki znamy, wnioskowania podlegają presji instynktów i padają łupem nagiej siły, więc spierdalaj Hartmanie ze swoją filozoficzną aureolą w podskokach) tracę resztki szacunku do typa, który miał okazję zapisać się w mej pamięci jako prostak, ale jakoś tam, na swój zwierzęcy sposób, odważny.

Nic z tego, jest przeciętnym konformistą, który w imię przaśnej namiętności do smakowania trupa gotów jest odstawić na bok całą powagę własnej osoby. Dowody znajdujemy zresztą w przytoczonym wyżej fragmencie rozmowy. Zaraz po tym, gdy dowiadujemy się, że „tutaj jest jak jest, po prostu”, Hartman ponownie przywdziewa zrzuconą przed momentem maskę etyka i opowiada się za tym, aby zabijanie – które, pamiętajmy o tym stale! - nie podpada pod rygor etycznego sądu, jednak jakoś tym sądem pomiziać. Po to zapewne, by nie okazało się, że od jutra Profesor Etyk jest bez środków do życia, bo etyka okazała się za jego sprawą zbędna w przestrzeni publicznej.

No więc mizia Hartman zabijanie etyką. Nie mówi oczywiście, że zabijanie, którego można uniknąć, jest moralnie naganne („bo tutaj jest jak jest”), mówi za to, że skoro zabijamy (bo musimy? yyyy... zostawmy to!), to zabijajmy miło, ładnie, łagodnie, pięknie, mądrze, itp. itd. No, etycznie po prostu. I filozoficznie. „Możemy zrobić wysiłek, by życie tych miliardów zwierząt, które powołujemy do istnienia, karmimy, by je potem zabić i skonsumować, nie było tragiczne”. Oczywiście, że możemy! (O ile możemy cokolwiek w świecie żelaznych praw biologicznej determinacji do zadawania przemocy.) „Być może to wszystko kosztuje, ale mamy moralny obowiązek te koszty ponosić”. Moralny obowiązek? W świecie „bo tutaj jest jak jest”? yyyy... No dobrze, niech będzie.

Ale nie, stop. Zaraz, zaraz. Na czym polega nasz obowiązek? Nasza ludzka powinność? Na ponoszeniu kosztów? Na płaceniu więcej? Na byciu majętnymi? Na nie byciu ubogimi? Czytam dalej i znajduję potwierdzenie przypuszczeń:
Obowiązek, jaki spoczywa na każdym z nas, to dokładanie starań, by nie wspierać nieetycznej hodowli. A więc nie kupować najtańszego mięsa, z intensywnej hodowli, gdyż wiadomo, że tam zwierzęta miały bardzo złe życie. Już to jest bardzo trudne do spełnienia, tym bardziej że wciąż brakuje oznaczeń etycznej hodowli na produktach mięsnych.
No tak, jak przystało na liberalnego filozofa i etyka, najcięższym odstępstwem od prawideł rozumu praktycznego jest bieda. „Tutaj jest jak jest, po prostu”, ale też nie tak prosto, gdyż skoro wcinasz trupa, to bądź człowiekiem prawym i wydawaj na niego wielokrotnie więcej niż wydajesz, bo gdy kupujesz tanio, z nieetycznej hodowli, to gdzieś tam w Krakowie cierpi Etyk Hartman. Że co? Że Cię nie stać? Że już wydajesz jedną trzecią budżetu domowego na spożywkę, a zwozisz ją i tak tylko z lidla, kauflanda i kerfura? Wiedz, że nie jesteś prawym obywatelem. Że przyczyniasz się do zła. Nie dlatego, że jesz trupa, ale dlatego, że jesz go po taniości. Gdybyś jadł drogiego, jak ten Hartman, byłoby spoko, czyli „po prostu”. A że jesz taniego, to zło.

Jak widać, świat, do którego tęskni Etyk, to świat, w którym nie ma biedy, wszyscy są majętni, cała produkcja jego ulubionych specjałów z trupa odbywa się w etycznych warunkach, gdzie zwierzętom jest jak w niebie, do którego się je tak czy inaczej wysyła. I mniejsza z tym, że konsumpcja mięsa przez wszystkich zadowolonych z siebie Hartmanów ma rozmiary księżycowe, w związku z czym po to, by produkować tę zbrodnię ekologicznie i „szczęśliwie” dla wszystkich jej konsumentów potrzebowalibyśmy dodatkowej planety, albo chociaż rzeczonego księżyca. Grunt, że Hartman ma hajs i komfort kupowania trupa w małych, ekologicznych, organicznych sklepikach. To, że go kupuje – tu etyka nie sięga („bo tutaj jest jak jest”). Ona zaczyna się od biedy przeciętnego nie-Hartmana i gracko wiedzie przez meandry wnioskowań (hłe, hłe!) filozofa, który pewnie zostałby hydraulikiem, gdyby doczłapał się do konsekwencji własnych rojeń o szczęśliwej konsumpcji szczęśliwego mięsa przez szczęśliwych wszystkich.

Resztę tego pożal się boże pierdololo na temat usprawiedliwiania własnej słabości do golonki pod patronatem wielkich słów, będących narzędziami pracy Profesora, już sobie daruję. Każdy wegetarianin i każdy weganin nie raz i nie dwa słyszał takie pierdy przy rosole podawanym na chrzcinach/stypach u rodziny. Po co do tego wracać. Tutaj przecież jest jak jest, po prostu, i ty o tym dobrze wiesz. 

piątek, 27 kwietnia 2012

Krasowski, "Po południu". Sowa o zmierzchu

"Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy” Roberta Krasowskiego to lektura wciągająca. Książka z rzędu tych, które same się czytają, bez konieczności przykładania siły. Jest w niej urok starej, dobrej „Europy” z czasów Faktowkładki, której autor książki był redaktorem. Krasowski rekonstruuje polityczną historię Polski po 1989 roku, proponując interpretację wydarzeń, która ma potencjalną moc, by stać się  opowieścią  obowiązującą w debacie publicznej. Analizując początki wolnej Polski, z perspektywy czasu sprawnie i zwykle wiarygodnie ustawia na scenie spektaklu sceny i ich aktorów, przyporządkowując im na nowo określane wartości. Inaczej, niż wynikało to z bieżącej relacji dziennikarskiej i publicystycznej, buduje ciągi przyczynowo-skutkowe (np. rozpoczęciem tzw. „wojny na górze” obciąża nie Wałęsę, ale Mazowieckiego), inaczej niż opiniotwórcze media ocenia podmiotowość czołowych aktorów tamtych wydarzeń (Mazowiecki, Bielecki, Suchocka), demitologizuje ich radykalizm (Olszewski), hegemoniczny wpływ na politykę („Gazeta Wyborcza”). Wszystko to sprawia, że lektura jest bardzo zajmująca dla każdego, kto lubi kantowskie przewroty kopernikańskie, większe i mniejsze.

Osią narracyjną pierwszego tomu (lata 1989 – 1995, całość ma się składać z trzech części) jest opowieść o politycznej wielkości Lecha Wałęsy, jego efektywności politycznej (co do której, na podstawie tekstu książki, zgłosić można jedno zastrzeżenie: mimo że „ogrywał wszystkich”, to jednak ostatecznie przegrał, jego koncepcja ustroju prezydenckiego przepadła), determinacji w realizowaniu modernizacyjnego projektu cywilizacyjnego, wreszcie niezawodnej, według Krasowskiego, intuicji politycznej. „Po południu” chłoszcze mniej więcej równo wszystkich: Kwaśniewskiego, Mazowieckiego, Millera, Bieleckiego, Kaczyńskiego (ujawniając jego demagogiczny kunszt potwierdza mimochodem to, o czym kilka ładnych lat temu w „Klęsce Solidarności” pisał David Ost), Geremka i innych, każdemu starając się oddać też sprawiedliwość (może poza Pawlakiem i Suchocką, którzy są tu postaciami jednowymiarowymi) Tylko Wałęsa jest postacią o historycznym znaczeniu. Pomnik stawia mu Krasowski nie za zasługi1980 roku, ale właśnie za polityczną szarżę w wolnej Polsce.

Rekonstrukcja wydarzeń to jedno, ich ocena to inna sprawa. Konserwatywno-liberalny Krasowski przyjmuje w książce założenie, zgodnie z którym rynkowe reformy przeprowadzane za pomocą terapii szokowej były konieczne i że upadek Wałęsy jest polską tragedią z tego względu, że wraz z nim upadła szansa na „dogonienie Europy”. Autor jest o tym przekonany tak mocno, że nie uważa za konieczne by tezę swoją uzasadniać, a tym bardziej bronić jej przed krytyką. Nie poddaje pod refleksję ani wybranego modelu transformacji, ani tym bardziej jego alternatyw, na które wskazuje choćby Tadeusz Kowalik w książce www.PolskaTransformacja.pl. Autor, który z wielką pasją obala mity, przesądy, zdroworozsądkowe przeświadczenia na temat rzeczywistości politycznej w Polsce po 1989 roku, zbudował swoją opowieść przywiązany do mitu fundującego kapitalizm w Polsce: poziom życia Polaka mógłby być porównywalny z poziomem życia Niemca, Anglika, Francuza, Szweda, a Polska mogłaby przerosnąć swoje peryferyjne warunki gospodarcze i społeczne, awansować do klubu dyspozytorów europejskiego bogactwa. Mogłaby, gdyby Wałęsa nie przegrał batalii o koncentrację władzy w jednym ośrodku i gdyby udało mu się ostatecznie "ograć" wszystkich graczy – politycznych i społecznych, zwłaszcza zaś „masy”, o których autor „Po południu” najwyraźniej nie ma dobrego zdania, za które trzeba brać quasiautorytarną, ojcowską odpowiedzialność. Z jednej strony gani Michnika, Mazowieckiego, Geremka za mentorsko-estetyczną samoalienację względem „mas”, z drugiej strony w reformistycznej pasji Wałęsy idącej pod prąd społecznych oczekiwań dostrzega wielkość tego ostatniego. Może Polska po udanym skoku Wałęsy w krainę neoliberalnego królestwa własności prywatnej nie byłaby Polską, jakiej chciałaby znakomita większość Polaków – pracowników najemnych, ale z pewnością byłaby krajem „udanej”, bo zrealizowanej transformacji.

Zgadzam się z autorem, że masowe przekonania o tym, co wydarzyło się w Polsce po upadku PRL, umocowane są zwykle w naiwnej, bezkrytycznej recepcji ideologii produkowanej przez elity III RP. W takim samym jednak stopniu naiwnie i bezkrytycznie traktuje reformatorski mit sam Krasowski. Co prawda zdaje sobie sprawę, że modernizacja przebiegała i nadal przebiega nie w interesie peryferyjnego kraju, jakim jest Polska (i inne państwa regionu), że jest ona de facto realizacją zamówienia krajów centrum kapitalistycznego reżimu produkcji, niemniej broni tej logiki jak niepodległości, w realizacji marzenia o „dogonieniu Europy” upatrując dziejowej misji polityki nad Wisłą. Bo Krasowski najwyraźniej wierzy w coś, czego nieprawdopodobieństwo ujawnia Jan Sowa. W wywiadzie dla Praktyki Teoretycznej autor wydanego niedawno „Fantomowego ciała króla”, mówi:
Uniwersalny wniosek, jaki możemy wyprowadzić z naszej własnej historii i naszych relacji z kapitalistycznym centrum, jest taki, że w obrębie kapitalizmu warunkiem możliwości bogactwa jednych jest bieda innych, a więc kapitalizm ze swojej istoty nie jest w stanie doprowadzić nas do globalnej, ogólnoplanetarnej obfitości. To by był jego ostateczny kryzys i zresztą moim zdaniem podstawowa przyczyna obecnego kryzysu, który jest – co symptomatyczne – odczuwany jako kryzys przede wszystkim w państwach bogatego rdzenia; to podnoszenie się poziomu życia na peryferiach (a więc kosztów pracy, a więc obniżenie stopy akumulacji kapitału). Dlatego w Chinach nie ma żadnego kryzysu. Dlatego nie ma go również w „Chinach Europy”, czyli w Polsce. „Kryzys kapitalizmu” i „gospodarczy rozwój peryferii” to dzisiaj dwie nazwy tego samego procesu. Jeśli jednak temu rozwojowi nie będą towarzyszyły próby wyjścia poza logikę kapitalistycznego sposobu produkcji, doświadczymy prawdopodobnie prób jego ratowania przy użyciu środka, który znamy doskonale z historii, a mianowicie wojny.  
W innym miejscu tej samej rozmowy dodaje:
W znakomitej książce Andre Gundera Franka Dependency and Underdevelopment podsumowujący rozdział zatytułowany jest Who Is the Immediate Enemy? – kto jest bezpośrednim wrogiem. Cała książka z mocno rozbudowaną analizą funkcjonowania elit kompradorskich pokazuje, że tym bezpośrednim wrogiem nie są zewnętrzne siły (kapitał, obce państwa, międzynarodowe instytucje itp.), które podporządkowują sobie słabsze kraje, ale elita tych krajów, która czerpie korzyści z podporządkowania i staje się swoistym pasem transmisyjnym kolonialnych wpływów. Zresztą podobnego zdania był Franz Fanon. Coś podobnego dokonało się w Polsce po 1989 r. Jeśli pytamy, czy neoliberalne reformy były udane, dobre albo korzystne, to trzeba zapytać „Dla kogo?”. Nie ma sensu zastanawianie się, czy były dobre „dla Polski”, bo wprowadzanie narodowościowo-państwowej kategorii służy tylko ukryciu nierównej dystrybucji kosztów i korzyści, z jakimi wiązała się transformacja. Dla elit, które ochoczo opowiadały się za zmianami, były one dobre. Dla reszty – w zależności o kim mowa – raczej nie, nie lub zdecydowanie nie. Niedawno w radiu TOK FM Tadeusz Mosz z radością informował słuchaczy, że czuje się wolny i że jego zdaniem żyje w wolnym państwie, a jego goście – nieodmiennie neoliberałowie, bo nikt inny w tym programie nie występuje – zgodnie mu wtórowali. W kraju, w którym prawie połowa młodych ludzi skazana jest na pracę w prekarnych warunkach, w którym wskaźnik zastępowalności pensji przez emerytury spadnie niebawem do 30% i w którym życie na godnym poziomie materialnym możliwe jest głównie dzięki istnieniu niezdeterytorializowanych jeszcze przez kapitalizm sieci rodzinno-przyjacielskiego wsparcia (z dobrymi i złymi konsekwencjami) tego rodzaju wyrazy samozadowolenia przypominają do złudzenia zachwyty nad złotą wolnością i bogactwem, w jakich gustowała szlachecka elita niewolniczej I RP. Chociaż ówczesna arystokratyczna elita i dzisiejsza elita burżuazji były pod wieloma względami odmienne, klasowy egoizm jest tu bardzo podobny.
W zgodzie z logiką konfliktu klasowego wygląda to tak, że Krasowski ubolewa nad spowalnianiem transmisji zysków z peryferyjnej Polski do centralnej Europy i transmisją wyzysku w drugą stronę. Tym, koniec końców, owocuje opóźnienie czy zaniechanie reformatorskiego zapału ekipy Wałęsy. Pas transmisyjny nie jest tak drożny jak mógłby być, gdyby Wałęsa (m.in. poprzez Balcerowicza – człowieka o emocjonalności maszyny do liczenia, jak celnie diagnozuje go Krasowski) pomyślnie zwieńczył swoje dzieło. Jak we wstępie do „Fantomowego ciała króla” pisze Sowa, pod maską modernizacji i rozwoju na peryferiach często ukrywa się trwanie zacofania i unowocześnienie nędzy. Prawdziwym politycznym i, szerzej, cywilizacyjnym wyzwaniem jest więc urealnianie sprzeciwu wobec kapitalistycznej dychotomii centralności – peryferyjności, a nie z góry beznadziejna próba przekroczenia własnego peryferyjnego statusu (czyim kosztem?) Nie budowa pasów transmisyjnych ze wchodu na zachód, ale namysł nad sposobami odżegnania perspektywy pogłębiającego się tymczasem i zawsze mogącego eksplodować barbarzyństwa.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

"Przekrój" po stronie nieludzkich zwierząt

Najnowszy numer tygodnika "Przekrój"  pod okładkowym tytułem "Zwierzę też człowiek" trafia właśnie do kiosków. "Przekrój" objął patronat nad tegorocznym Ogólnopolskim Tygodniem Weganizmu, organizowanym siłami stowarzyszenia Empatia.

Znaczną część numeru wypełniają materiały na temat kwestii (między)zwierzęcych:
Wykorzystywanie zwierząt jest jednocześnie wszechobecne i niewidoczne. Owszem, doskonale widać jego końcowe efekty, przedstawiane jako niezbędne, ale nie widać – że użyję staroświeckiego słowa – prawdy o tym, jakim kosztem powstają. A jest nią uprzedmiotowienie, ból, strach, stres, cierpienie i śmierć. A wszystko to nie jest konieczne, czego dowodzi niepasująca do układanki obecność zdrowych i usatysfakcjonowanych weganek i wegan.

Rzeźnie z centrów miast przeniosły się daleko od nas i niepowołane osoby nie mają tam wstępu. Naturalne futro w sklepie nie jest opatrzone informacją, że jego produkcja związana była z wtykaniem zwierzęciu elektrody do odbytu i więzieniem w niewielkiej drucianej klatce. A krowy oficjalnie dają mleko, tak jakby chciały ofiarować nam wapń do budowy kości. A mleko nie jest nadwyżką pokarmu, które krowy wcześniej zgodnie z naturą przeznaczyły dla swoich dzieci. Te dzieci staną się szybko cielęciną. I to jest nieuchronny koszt ludzkiej ochoty na bitą śmietanę i ser do pizzy. W wielu reklamach produktów odzwierzęcych ofiary pokazywane są jako wolontariusze procesu hodowli i rzezi, dumne ze swojego wkładu w rozwój ludzkości.
To fragment dobrego i/więc potrzebnego wywiadu Magdaleny Orlińskiej z Dariuszem Gzyrą, współzałożycielem Empatii i jednym z najaktywniejszych propagatorów weganizmu w Polsce. Gzyrę warto czytać jak też słuchać tego, co mówi. W czasach, w których weganizm nierzadko ustawiany jest w szeregu z tzw. ekoterroryzmem/ekonazizmem (jako postawa społeczna) czy breatharianizmem (jako dieta), Gzyra od lat konsekwentnie demitologizuje i popularyzuje weganizm jako wybór kultury (poszerzenie sfery autonomicznej umowy społecznej przez przekroczenie granic szowinizmu gatunkowego) w miejsce natury (popęd i jego paraintelektualne usprawiedliwienia, jakimi popisywał się niedawno na fejsie znany gadu-gadu przedsiębiorca Łukasz Foltyn, lewicowiec o korwinistycznej wrażliwości, komentując dezinformacyjny humbug sprzed kilku tygodni na temat wegetarianizmu jako choroby psychicznej słowami: jest to [wegetarianizm] chyba jakaś forma autoagresji, żeby odmawiać sobie czegoś tak dobrego, jak mięso- no chyba że ktoś ma takie geny, że mu mięso nie smakuje... A może równie chorobliwa chęć wywyższania się wobec tych, którzy nie są na tyle światli, by odmówić sobie mięsa?).

Gzyra, jak na dietetycznego terrorystę, jest łagodny jak baranek, a do tego jest wyjątkowo realistyczny jak na absolutnego utopistę. Wciąż zbyt często o weganizmie młodzi ludzie dowiadują się z szarlatańskich forów, njuejdżowych broszurek i strejtedżowych, vegan-dżihadowych fanzinów, dobrze jest mieć więc Gzyrę po stronie obozu rozumem ogarniającego warunki walki przeciw szowinizmowi. Bo to rozum, a nie radykalizm jako taki, może z weganina zrobić weganina zdrowego i weganina nie sezonowego ("osłabłem, musiałem wrócić do nabiału"), a na długie lata. Rozum chłodzi temperaturę emocji, słusznie wiążących się z empatycznym rozedrganiem:
Jak każda mniejszość weganie mogą napotkać rozmaite trudności i problemy. Składniki odzwierzęce są częścią tak ogromnej liczby produktów, często niewidoczną, że tu i teraz jest niemożliwe niekorzystanie z nich w ogóle. Dlatego warto jednak zatrzymać się na pewnym poziomie wnikliwości, żeby nie uczynić ze swojego wyboru nie tylko czegoś nieznośnego dla nas samych, ale i niepodatnego na naśladowanie. Życie weganki lub weganina nie jest więc prostą eliminacją własnego udziału w całym systemie wykorzystywania zwierząt, a raczej możliwym tu i teraz jego ograniczeniem. Można przestać korzystać z mięsa, nabiału, jaj, skór, futer – to jest dobra wiadomość i na tym warto się skupić.
Ponadto Julia Fiedorczuk w tekście "Za wolność naszą i waszą" za pomocą wydarzeń z tzw. życia (sprawa przeciw amerykańskiemu oceanarium, pozwanemu przez niewolone przez nie orki) i literatury (Kafka, Coetzee, "Uwolnić orkę") uruchamia refleksję na temat konstrukcyjnych podstaw szowinistycznej cezury - nasyconej przemocą struktury, którą my, ludzie – czasem w najlepszej wierze – starannie pielęgnujemy - między ludzkim nadzwierzęciem a wszystkimi tymi inteligentnymi organizmami, które w genetycznej podróży przez życie wepchnięte zostały w nieludzkie ciała.

O prowadzonych obecnie bataliach o emancypacje kolejnych gatunków nieludzkich zwierząt traktuje tekst Olgi Kowalik. Ogólna refleksja, którą autorka wyciąga z analizy najnowszych dziejów międzyzwierzęcych relacji, jest taka, że
Próby narzucenia zmian legislacyjnych z zewnątrz są skazane na niepowodzenie tak długo, jak długo trwa społeczne przyzwolenie na przemysłową eksploatację zwierząt. Warunkiem realnych zmian jest głęboka zmiana świadomości całych społeczeństw, przyzwyczajonych do traktowania zwierząt jako surowca – a nie jako istot, które czują i które w związku z tym mają prawo do godnego życia. To wymaga gruntownej zmiany nastawienia do wszystkich zwierząt, nie tylko tych wybranych.
co powtarzać należy przy każdej nadarzającej się okazji.

O tym w jaki sposób i dlaczego język stawia nas [ludzi - przyp. is] na pozycji uprzywilejowanej w stosunku do innych gatunków i przypieczętowuje naszą dominację, pisze Emil Stanisławski.

Wreszcie Michał Bilewicz tłumaczy mechanizmy i procedury, dzięki którym mięsożerca pozostaje mięsożercą w czasach, w których mięsożerność poddawana jest coraz silniejszym atakom rozumu.

Tym jakże oczywiście ekoterrorystycznym czy weganfaszystowskim atakom kibicuję wszystkimi dostępnymi mi mentalnymi siłami, stąd też zapraszam czytelników tofu do kiosków. Po lekturze koniecznie spójrzcie raz jeszcze na zlinkowany wyżej harmonogram tegorocznego Tygodnia Weganizmu i poszukajcie najbliższego punktu orientacyjnego. Wszystkiego dobrego przez smacznego!

poniedziałek, 27 lutego 2012

TVNSensacja24.pl! Guru ateizmu zdradził wyznawców!

Dobrze mieć na fejsie kilku przyjaciół wierzących w trójjednego stwórcę wszystkiego. Byłaby mnie ominęła rewelacja portalu tvn24.pl o haniebnej zdradzie ateistycznego kościoła, której dopuścił się jego (kościoła) Guru, Richard Dawkins, gdyby nie tryumfalny link jednego z nich.

Jak Dawkins zdradził? Wyznając brak pewności (nasz Guru? niebywałe!) co do kwestii istnienia/nieistnienia Boga. Autor "Boga urojonego" nie wie, czy Boga nie ma, co portal, jakże słusznie, podkreśla już w tytule informacji (?). Przyznał to "nieoczekiwanie" (przez kogo?) podczas którejś z niezliczonych debat.

Religijni nie-czytelnicy Dawkinsa wzmagają teraz modlitwy za to, by mu się skala nieprawdopodobieństwa przesuwała ruchem jednostajnie przyspieszonym na bożą chwałę, a wydawcy informacji bezceremonialnie (jak to profani) zliczają kliknięcia. A ja odnotowuję "sensację" nie po to, by się nurzać w bezdennych odmętach ignorancji "dziennikarzy" i łykających podobne "njusy" czytelnikach, lecz by wskazać na wybitny przykład dez-info-padaki rozsiewanej przez tzw. "profesjonalne media".

Gdy ktoś mnie będzie kiedyś pytał o zdanie na temat tvn24.pl, którego dotąd (jako nie-czytelnik portalu) nie miałem, to właśnie je sobie wyrobiłem.  Z pozdrowieniami dla redakcji!


poniedziałek, 30 stycznia 2012

ACTA. Akumulacja pierwotna 2.0

Nie da się przeczytać wszystkiego, co do dziś udało się napisać na temat ACTA i fali społecznej niezgody, wywołanej przez to (nie)porozumienie. Każdy coś tam uważa na jego temat oraz na temat istoty i jakości bieżących protestów. Mnie coraz silniej nawiedza historyczna analogia, której odpowiednie ujęcie wykopałem przed momentem z wykopa, gdzie wisiało sobie już od dwóch lat z hakiem. Cytuję wykopalisko w całości:
"Od XIV w Anglii trwało grodzenie ziemi, czyli zabór gminnych pastwisk przez arystokrację. Skutkiem było zubożenie całej warstwy społecznej, kilka powstań oraz zmiana struktury społecznej. Aktualnie trwa podobny proces w kulturze. Internet przyniósł powszechny dostęp do kultury, ale też zachęca rozmaitych geszefciarzy do jej zawłaszczania".
Podobną perspektywę przyjmuje dzisiaj również Mateusz Mirys, który w tekście "Przeciw ogradzaniu internetu" na portalu lewica.pl zauważa:
"W czasach, gdy jakość życia - z powodu rosnącej niepewności zatrudnienia, obniżania się jakości usług publicznych bądź ich całkowitego zaniku, rosnących kosztów utrzymania przy stojących w miejscu płacach - ciągle się pogarsza, tak szeroki i powszechny dostęp do dóbr kultury stanowił dla wielu pewnego rodzaju rekompensatę".
To perspektywa Daniela Bensaida z książki "Wywłaszczeni", gdzie upowszechnia perspektywę Marksa z tekstu na temat historycznej debaty o tym, czy wolno chłopu kraść drewno z pańskiego lasu. Marks zauważa (a Bensaid powtarza), że
"istnieją przedmioty własności, które ze swej natury nigdy nie mogą przybrać charakteru określonej z góry własności prywatnej; przedmiotami tymi z powodu ich żywiołowego charakteru i przypadkowego bytu rządzi prawo zawłaszczenia, a więc prawo zawłaszczenia stosowane przez tę klasę, którą właśnie prawo zawłaszczenia wyłączyło z wszelkiej innej własności  i która w społeczeństwie obywatelskim zajmuje taką samą pozycję, jak owe przedmioty w przyrodzie".
Jeśli więc ACTA jest dokumentem, który umożliwić ma wywłaszczenie ludu z "prawa do zawłaszczania", rzeczywiste "grodzenie" internetu, a tym samym rozpoczęcie procesu kolejnej pierwotnej akumulacji kapitału, to protesty przeciw ACTA tak czy inaczej muszą mieć charakter stricte antysystemowy i nie dają się łatwo sprowadzić do obrony indywidualistycznego stylu życia jednostek (jak sprawę ujmuje dziś w komentarzu na swoim profilu na Facebooku Piotr Szumlewicz).

I jeśli na (dotychczas wspólnej) cyber-ziemi powstawać mają prywatne "pastwiska", co z pewnością uniemożliwi fluktuację dóbr kultury i kreatywną, a więc efektywną ich reprodukcję, to sprawa musi być znacznie istotniejsza niż obrona "stylu bycia" tego czy innego zasysacza danych. Tak rozumiany sprzeciw wobec ACTA jest raczej obroną ludowego stanu posiadania w nie-posiadaniu, czyli "prawa do zawłaszczania" tego, czego, dzięki technologii, nie może przecież nikomu zabraknąć. Przynajmniej w dziejach przed wielostronnym (nie)porozumieniem.

niedziela, 29 stycznia 2012

Zysk dla jednych, satysfakcja dla drugich


Kiedy przez Polskę przetacza się fala społecznego niezadowolenia (m.in. z powodu zamachu na wolny internet pod postacią ACTA, likwidowania ośrodków publicznej edukacji, poziomu ceny benzyny, a nawet z powodu łamania praw pracowniczych, zwanych dla niepoznaki przywilejami), mnie przyszło wywiązać się z danej w poprzednim występie obietnicy.

To, o czym chcę pisać, dobrze się zazębia z bieżącą polską gorączką. W tej ostatniej chodzi przecież także o nadanie adekwatnego wyrazu potrzebie budowania wspólnoty w sytuacji zagrożenia obywatelskich praw, ewidentnie poddanych próbie wytrzymałości przez cnotliwą chciwość kapitalizmu. Od tekstów o dobru wspólnym, Rzeczy-Pospolitej, wspólnocie jako domenie kreatywności, ugina się internet. Idea wspólnoty i przypisanej jej przestrzeni publicznej przeżywają renesans. Funkcjonują w debacie jako kontra dla logiki dobra i terenu prywatnego (wstęp wzbroniony!). Marzenie o (nie nastawionej na zysk) wspólnocie obywateli jest dziś, gdy lokalnie i fragmentarycznie wydaje się wcielać w społeczne ciało, na ustach mainstreamu. A skoro tak, to... To trzeba być dupą a nie przedsiębiorcą, by nie spróbować na tym marzeniu zarobić. Zwłaszcza że patent na zbieranie renty z budowania prywatnych platform dla realizowania publicznych spraw sprawdza się w praktyce od lat. Mam dwa przykłady na podorędziu.

Przykład 1:
„Hattrick, jak sam o sobie pisze, jest wyjątkową grą - internetowym menedżerem piłkarskim, i to darmowym. Możesz tutaj stworzyć swój własny klub piłkarski, zbudować drużynę marzeń i rywalizować z setkami tysięcy rzeczywistych ludzi z całego świata”. W Hattricka gra obecnie ponad 660 tysięcy aktywnych użytkowników, kilka lat temu było ich nawet milion.

Menadżer jest darmowy, odpłatne są jedynie dodatkowe opcje, które nie wpływają na poziom grywalności. Dodatkowe funkcje sprzedawane są w pakiecie pod nazwą "Supporter Hattricka": to wirtualne gadżety, które pozwalają spersonalizować prowadzony przez gracza wirtualny klub piłkarski (możliwość zamieszczenia herbu drużyny, wygenerowania strojów klubowych itp.). Są też takie gadżety, które udrażniają kanały komunikacji z innymi użytkownikami: „jako Supporter możesz zostać kibicem innych drużyn, np. swoich przyjaciół. Będziesz powiadamiany o ich zalogowaniu do systemu, a na specjalnej stronie Supportera zobaczysz przegląd ich drużyn i ostatnich wyników. Oczywiście także Twojej drużynie mogą kibicować inni użytkownicy!” Wśród płatnych dodatków znajduje się także dostęp do „federacji”, czyli zamkniętych tematycznych forów wewnątrz gry. Znam graczy, którzy latami płacili właścicielom za pakiet tylko po to, by móc utrzymywać federacyjne znajomości.

Prawdą jest bowiem to, co o grze piszą jej twórcy: „społeczność jest ogromną częścią Hattricka”. Dla bardzo wielu użytkowników aplikacji zbudowanej w oparciu o grę, po pewnym czasie ona sama staje się zaledwie dodatkiem do rozbudowanego i pieczołowicie moderowanego, otwartego (za wyjątkiem „federacji”) forum. Generuje ono spory ruch (w momencie gdy piszę, serwis naliczył 67.926 wpisów na dobę). Użytkownicy Hattricka na licznych forach wymieniają się uwagami na temat samej gry, dyskutują o literaturze, muzyce, wymieniają się linkami. Przy tak dużej społeczności nie byłoby to możliwe bez pracy licznego personelu.

Tylko w Polsce HT obsługiwany jest przez 24 mistrzów gry, moderatorów, tłumaczy, redaktorów serwisu prasowego. Globalnie ilość osób odpowiedzialnych za jakość aplikacji idzie w setki. Zatrudnieni? Bynajmniej. Społecznie realizujący interes Johana Gustafsona, Szweda, który firmę Hattrick Limited zarejestrował w raju podatkowym, na Gibraltarze (tym samym nieco nadwątlając opowieść o odpowiedzialności szwedzkich przedsiębiorców za system społeczny swojego kraju). Dla dobra internetowej społeczności, stworzonej od fundamentów w oparciu o grę, setki osób na całym świecie spędza wolny czas nieodpłatnie generując cudze zyski. Stosunek pracy został tu zastąpiony przez narrację o jawnie moralistycznym charakterze. „Pracownicy” pracują dla dobra całej społeczności. Nagrodą za godziny poświęcone np. na moderowanie forum, które w znacznym stopniu odpowiada za rentowność przedsięwzięcia, jest uznanie w oczach wirtualnego, zbiorowego podmiotu, o którego dobro ostatecznie – ale tylko subiektywnie, z punktu widzenia wykonującego pracę nie-pracownika – chodzi.

Przykład 2:
Jeśli nie masz patentu na dobrą, bezpłatną, internetową grę, która w perspektywie zainteresuje setki tysięcy użytkowników sieci na całym świecie, możesz spróbować drenażu wspólnotowego zaangażowania na mniejszą skalę, poprzez, dajmy na to, lokalny portal społecznościowy.

Pewnie w każdym większym mieście w Polsce znajduje się już jedna bądź więcej redakcji pism internetowych, których celem istnienia jest – jakżeby inaczej! - organizowanie lokalnej wspólnoty wokół spraw i problemów, które jej dotyczą. Często redakcja takiego portalu to pół etatu albo umowa śmieciowa i tysiąc złotych netto. Pracownik właściciela internetowego tytułu odpowiedzialny jest za publikowanie najważniejszych informacji, dotyczących gminy, miasta czy osiedla, przetwarzanych najczęściej z innych lokalnych mediów, rzadziej przez siebie pozyskiwanych. 

Pokaźna reszta generowanego na portalu ruchu – zapowiedzi imprez kulturalnych, pozostałe informacje, komentarze, czasem publicystyka – pochodzić ma z pracy pasjonatów, aktywnych mieszkańców, osób, które uwewnętrzniają w jakiejś mierze wspólnotowy etos. Kosztem połówki etatu uzyskujemy w ten sposób dostęp do nieopłacanej siły roboczej, której dysponenci udostępniają ją albo (1) za cenę możliwości wyeksponowania swoich warsztatowych i twórczych zdolności przyszłemu ewentualnemu (najczęściej jedynie hipotetycznemu) pracodawcy, albo (2) za cenę wewnętrznego przekonania o istotności swego bezinteresownego zaangażowania w sprawy miasta, osiedla, gminy.

Portal prezentuje się jako dobro wspólne czytelników i twórców treści. Jest lokalną agorą, na której można komentować wszystko, co ważne dla społeczności. Faktyczny właściciel, uprawiający mimikrę obywatelskiego zaangażowania, może ukryć się za kulisami przedsięwzięcia. Przy odrobinie biznesowej zaradności projekt ma szansę wypalić i generować zysk z (drożejących w miarę wzrostu klikalności) reklam. Zysk jako jedyny element portalu społecznościowego, wyłączany jest z domeny wspólnoty i ląduje w kieszeni twórcy wirtualnej przestrzeni. Zysk jest dla jednych, a dla drugich satysfakcja. Wyzysku brak, bo brak stosunku pracy - zbrodnia doskonała.

Ale przecież w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. Wiedzą to wszyscy społecznicy świata. A także wszyscy ci, którzy wiedzą, jak na tych pierwszych zarobić.