Maciej Nowicki w sztosie, kolejny raz dowodzi niekompetencji w temacie, w którym kocha się wypowiadać. Socjobiologia ten temat się zwie. W felietonie pt. "Republika szympansów" peroruje jak leci:
Przez długi czas w naszym postrzeganiu świata zwierzęcego dominowała wizja a la Dawkins: ewolucja w żaden sposób nie mogła doprowadzić do powstania moralności, ponieważ premiuje jedynie złe, samolubne i agresywne jednostki. Dziś coraz lepiej rozumiemy, że ludzka moralność nie wzięła się znikąd, że nasza zdolność do rozróżniania dobra i zła ma w ogromnym stopniu zwierzęce korzenie.
Wizja "a la Dawkins"?!? Wizja "a la Nowicki nie rozumiejący co czyta" raczej. Gdzie i kiedy Ryszard Wielki podaje do wierzenia podobne kociopoły? "Ewolucja w żaden sposób nie mogła doprowadzić do powstania moralności, ponieważ premiuje jedynie złe, samolubne i agresywne jednostki". Może Nowicki natknie się kiedyś na pojęcie altruzimu odwzajemnionego, może uda mu się je pożenić z egozimem "samolubnych i agresywnych (sic!) jednostek". Tymczasem płodzi bzdety nad bzdetami i osłabia i tak już mocno nadszarpaną reputację "Europy" jako dobrego przekaźnika idei.
Po pierwsze - wyjaśnienie blogera. Wszystkich swoich kilkunastu czytelników i czytelniczki bardzo przepraszam, że blog mój wytracił na prędkości. Stało się, bo podpisujący się pod tutejszymi występami zwyczajowo trzymie sto siedemnaście małp za ogony na raz, przez co raz za razem ta czy inna mu się wymsknie i buja się po bożym świecie samopas. Ostatnimi czasy uprawiam rozmyślunek raczy poza netem, bardziej w ramach miejscowego klubu Krytyki Politycznej niż w jakichś innych ramach, choć nie jest też tak że w innych zdecydowanie nie. I nie jest tak, że blogowania zaniechałem, że mi się odwidziało. Wręcz przeciwnie, o czym, mam nadzieję, zaświadczą nadchodzące tygodnie. To, czego potrzebuję jak kania dżdżu to nieco wiency konsekwencji. Konsekwencji! Konsekwencji! Konsekwencji! - czyli że przechodzę do "po drugie".
Bo po drugie - dzisiejszy występ jest o zbrodni myślenia konsekwentnego. Zbrodnię tą w felietonie w ostatniej Jewropie wytropił w myśleniu Petera Singera mój ulubiony jewropejski felietonista (a przy tym szef całej Jewropy, więc czapy z głów!) Maciej Nowicki (autor, którego dwie notki niżej miałem już okazję docenić za jakość twórczości). W notce pt. "Zabij swoją matkę" jedzie Singera, aż wióry lecą.
Autorowi "Wyzwolenia zwierząt" dostało się przede wszystkim za zoofilię. Oto Nowicki gada w pociągu z Żiżkiem, który kilka ciętych słów poświęca australijskiemu filozofowi:
(...) Peter Singer twierdził, że nie ma nic złego w zoofilii - pod warunkiem że do niczego zwierzęcia się nie zmusza. Skoro on tak naprawdę uważa, niech to sfotografuje i da na okładkę jakiegoś poprawnego politycznie lewackiego pisma.
Tak właśnie miał nawinąć Żiżek Nowickiemu w pociągu relacji Warszawa - Kraków i na tej nawijce zbudowana jest dalsza część felietonu: niechybnie nie zjadanie zwierząt to pierwszy krok na równi pochyłej do zdziczenia obyczajów i stanu kompletnej barbarii.
No cóż, Singer najwyraźniej sam sobie strzelił gola wychylając się z tematem, który poruszony z miejsca miesza z błotem swego poruszyciela. Nie ma przy tym znaczenia, czy to co Żiżek lekką ręką (czy raczej ciężką łapą) twierdzi (a mianowicie, że Singer coś tam twierdzi) jest czy nie jest prawdą. Singer faktycznie spieprzył robotę już przez to tylko, że temat zoofilii był poruszył. Nie ważne czy ukradł, czy jemu ukradli, ważne że jest zamieszany w brzydką sprawę. A skoro jest zamieszany, to można już jechać po nim bez trzymanki. Zwłaszcza, że to się dość dobrze składa: Singer ze swoim "Wyzwoleniem zwierząt" wychylił się bardzo niegrzecznie. Z prostych i powszechnie przyjmowanych założeń aksjologicznych wywiódł bez szwanku dla poprawności wnioskowania, że jedzenie mięsa i nabiału nie jest piękne ani dobre. To z pewnością zabolało niejednego Nowickiego i Żiżka, dlatego kwestia "Singerowskiej" zoofilii pomogła im odzyskać fason. "Facet od weganizmu" jest jednocześnie "facetem od zoofilii", zatem wszystko jest już jasne i nie ma o czym gadać. Singer może i coś tam kiedyś teoretycznie wygrywał, ale ostatecznie strzelił sobie samobója, dzięki czemu mecz Nowiccy i Żiżkowie wygrali w cuglach, bez konieczności gry główką.
Czy ta diagnoza mentalnej kondycji Żiżka/Nowickiego w sporze z Singerem jest prawdziwa? Nie wiem. Wiem że może być prawdziwa. Dodatkowo przypuszczam, że prawdopodobieństwo jej prawdziwości nie jest małe. Dlatego niech sobie tu stoi.
Teraz w kwestii zoofilskich sympatii Singera słów kilka, gdyż albowiem pora najwyższa rozładować ten granat, który straszy filozofem (do Żiżka/Nowickiego dodajmy Garego Francione, zwierzęcego abolicjonistę od lat będącego w sporze z Singerem, który także żongluje zoofilią jako argumentem, i cóż że poniżej pasa), a jest, wedle mej nieskromnej opinii, niewypałem.
W 2001 roku Peter Singer popełnił recenzję książki pt. Dearest Pet Midasa Dekkersa. Rzecz, jak wynika z omówienia Singera, dotyczy zoofilii jako zjawiska historycznego, towarzyszącego kulturze człowieka od dawien dawna, na wieki przed chrześcijaństwem i bynajmniej nie wygasłego w wyniku jego powstania. (Singer przywołuje badania Alfreda Kinsey'a z 1940 roku, które wykazały, że 8% mężczyzn oraz 3,5% kobiet ma kontakty seksualne ze zwierzętami.) Mimo silnej presji utrzymywania ścisłego tabu wokół zoofilskich kontaktów seksualnych człowieka stanowią one dość spory odsetek. Czy Singer pisze o tym, by promować, namawiać, upowszechniać? Bynajmniej. To, co według niego interesujące, wykłada się następująco:
The existence of sexual contact between humans and animals, and the potency of the taboo against it, displays the ambivalence of our relationship with animals. On the one hand, especially in the Judeo-Christian tradition — less so in the East — we have always seen ourselves as distinct from animals, and imagined that a wide, unbridgeable gulf separates us from them. Humans alone are made in the image of God. Only human beings have an immortal soul. In Genesis, God gives humans dominion over the animals. In the Renaissance idea of the Great Chain of Being, humans are halfway between the beasts and the angels. We are spiritual beings as well as physical beings. For Kant, humans have an inherent dignity that makes them ends in themselves, whereas animals are mere means to our ends. Today the language of human rights — rights that we attribute to all human beings but deny to all nonhuman animals — maintains this separation.
On the other hand there are many ways in which we cannot help behaving just as animals do — or mammals, anyway — and sex is one of the most obvious ones. We copulate, as they do. They have penises and vaginas, as we do, and the fact that the vagina of a calf can be sexually satisfying to a man shows how similar these organs are. The taboo on sex with animals may, as I have already suggested, have originated as part of a broader rejection of non-reproductive sex. But the vehemence with which this prohibition continues to be held, its persistence while other non-reproductive sexual acts have become acceptable, suggests that there is another powerful force at work: our desire to differentiate ourselves, erotically and in every other way, from animals.
Dalej Singer czyni kilka uwag na temat konieczności kryminalizacji takich form zoofilii, które powodują okrucieństwo wobec zwierząt. Przywołuje w tym kontekście pogląd Otto Soyki, autora Beyond the Boundary of Morals:
Never widely known, and now entirely forgotten, it was a polemic directed against the prohibition of "unnatural" sex like bestiality, homosexuality, fetishism and other non-reproductive acts. Soyka saw these prohibitions as futile and misguided attempts to limit the inexhaustible variety of human sexual desire. Only bestiality, he argued, should be illegal, and even then, only in so far as it shows cruelty towards an animal. Soyka's suggestion indicates one good reason why some of the acts described in Dekkers book are clearly wrong, and should remain crimes.
No i wreszcie to, za co chyba Singer zbiera razy od swoich (Francione) i od obcych (Żiżek): "But sex with animals does not always involve cruelty". Pewnie to właśnie zdanie pozwoliło Żiżkowi twierdzić o tym, co Singer twierdzi na temat etycznego statusu zoofilii. Niechybnie według Najpopularniejszego Popularyzatora (i Fana) Lacana logiczną konsekwencją zdań "zoofilia skutkująca okrucieństwem wobec zwierzęcia jest złem" oraz "nie każda zoofilia powoduje cierpienie zwierzęcia" jest twierdzenie "nie ma nic złego w zoofilii - pod warunkiem że do niczego zwierzęcia się nie zmusza". I taka jest chyba fundamentalna różnica między frankofilską i anglosaską szkołą wnioskowania.
I wasn’t really expressing an opinion on whether human sexual contact is right or wrong, although I did point out that where such contact involves cruelty or suffering to the animals, it certainly ought to be as it is, a criminal offence, but I raised the question as to whether it ought to be a criminal offence when there is no suffering or coercion on the animal.
Wychodzi na to, że kiedy Singer stawia pytania, Żiżek słyszy odpowiedzi. Ja mam na odwyrtkę: coraz częściej jest tak, że gdy Żiżek coś twierdzi, mnie ogarniają wątpliwości.
Dobra, stop zoofilii! I Żiżku dajmy już spokój, wróćmy do Nowickiego. Według niego Singer "twierdził że przekonanie o wyższości człowieka nad wszystkimi zwierzętami to mit - choćby dlatego, że niektóre zwierzęta są bardziej rozumne od noworodków czy upośledzonych umysłowo". Czy Nowicki chce powiedzieć, że według Singera wyższość człowieka nad innymi zwierzętami nie znajduje potwierdzenia w faktach, jest nieprawdą? No to ja chętnie się wywiem, skąd Nowicki czerpie informacje na temat tego typu twierdzeń Singera. Z dostępnych mi źródeł wynika bowiem coś dokładnie przeciwnego. Na przykład:
Twierdzenie, że życie istot świadomych siebie, zdolnych do abstrakcyjnego myślenia i planowania przyszłości, do skomplikowanych aktów porozumiewania się ma większą wartość niż życie istot nie mających tych zdolności, wcale nie jest arbitralne. (P. Singer, Wyzwolenie zwierząt, przeł. A. Alichniewicz i A. Szczęsna, wyd. PIW, Warszawa 2004, s. 40)
Ale może Nowicki chce powiedzieć, tylko tyle, że według Singera chodzą po tym świecie nie-ludzkie zwierzaki, które są inteligentniejsze od niejednego człowieka. Jeśli tylko to chce powiedzieć, to czy dlatego, że się z tym stwierdzeniem nie zgadza? A może jest jeszcze inaczej i Nowicki chce powiedzieć jedno (wg Singera wyższość człowieka nad nie-ludzkimi zwierzętami to mit) i drugie (wg Singera istnieją nie-ludzkie istoty inteligentniejsze od ludzkich istot) w taki sposób, że jedno z drugim się miesza i sprawa tego, co Singer rzeczywiście twierdzi a czego nie twierdzi, wyjątkowo się gmatwa, przy czym jedno wiadomo na pewno: on musi być krejzi! (Singer, nie Nowicki, wiadomka.) To też możliwe. Możliwe też jest, że felietonista po prostu nie rozumie, co Singer twierdzi; nie odróżnia Singerowskich twierdzeń od własnych na ich temat fantazji. Ta ostatnia możebność wydaje mi się najmniej prawdopodobna. Skoro Nowicki rozumie Żiżka to z Singerem nie powinien mieć najmniejszych zmartwień, bo Singer nie tylko pisze, ale i myśli po angielsku, czyt. rozumnie, racjonalnie i konsekwentnie do zrzygania.
No i ta konsekwencja, ta rozumność bez umiaru, to zasadniczy problem Nowickiego z Singerem. W związku z rozpoznaniem symptomów przedawkowania racjonalnej refleksyjności w pismach Singera, Nowicki ma dla australijskiego kolegi kilka ważkich uwag:
Singer chce nas ocalić przed cierpieniem, widząc w nim największe zło. W gruncie rzeczy kieruje nim litość. Tyle że nie rozumie jednego: to, co wczoraj wydawało się nam niepojęte, jutro wyda się normalne. Tak działa nasz mózg: nie służy on do tego, by poprowadzić każdy argument do samego końca. Służy do tego, by ocalić nas przed światem.
Nie wiem, czy autor "Etyki praktycznej" (gdyby tylko miał okazję) zrozumiałby mądrość płynącą z połajanki Szefa "Europy". "Mózg nie służy by poprowadzić każdy argument do samego końca"?. Ja kombinuję tak: z tego, że coś z czegoś wynika, jeszcze nic nie wynika (za to - jak wynika z lektury felietonu Nowickiego - cokolwiek wynikać może z czegokolwiek, na przykład z niezrozumienia tekstu wynikać może radykalny, bo po całości poprowadzony, zarzut wobec filozofa). O to chodzi? Czy to się nazywa oświecony konserwatyzm? "Niby wiemy, niby rozumiemy, ale się wzdrygamy przed`konsekwencjami konsekwentnego używania rozumu"? Czy to dlatego od czasu do czasu używamy go na pół gwizdka bez baczenia na koszty zwolnienia? Zaprawdę, powiadam Macieju Nowickiemu: te koszta nie są bez znaczenia, bo gdy rozum śpi budzą się demony, a kiedy śpi pół rozumu, fabrykują się kociopoły:
Porównywano go do Hitlera, Bormanna i doktora Mengele - te argumenty były oczywiście na wyrost
Jakiś czas temu jedna z lewicowych www.redakcji zamówiła mój występ na temat "Boga urojonego". Tekst nie został jednak wykorzystany; nie wiem, czy ze względu na obsuwę czasową, z jaką go wysłałem, czy z jakichś innych względów, redakcja nie zdecydowała się odpowiedzieć na zapytanie. Tekst wklejam zatem tutaj (wszędzie dobrze, ale w tofu najlepiej).
Ponoć nie ma w dzisiejszej Polsce dobrej ziemi na uprawianie ateizmu, a Polacy ssą wiarę w Boga z mlekiem matki. Takie jest naturalne prawo i szczęśliwe fatum tej ziemi. Ponoć próby zaszczepienia na zdrowej tkance narodu chorej wiary w niewiarę nie mają prawa się powieść, dopóki dwa plus dwa jest cztery, co podał do wierzenia Robert Krasowski. „Ateizm – pisał niedawno w „Europie” - modna do niedawna wiara, że poza przyrodą nie ma nic, że każdy z nas zwiędnie kiedyś jak liść, a sensu tego procesu nie warto nawet dociekać, w Polsce się nie przyjęła.”
Wiara w niewiarę wniwecz się obróciła, gdy padły trzy „bastiony sprzeciwu wobec religii”: antyreligijne szyderstwo Oświecenia, mimikra nauki pozującej na nowy świecki Absolut („rozum naukowy okazał się niezdolny do konkurencji z religią i filozofią”), no i ten trzeci, to jest: przekonanie, że religia jest „przeszkodą w naprawie politycznej świata”. Szczęśliwie przeszedł dobry Polak suchą nogą przez odmęty dziewiętnastowiecznych zabobonów.
A jednak antyreligijny pamflet Dawkinsa sprzedaje się w Polsce więcej niż dobrze (jeżeli, w świetle badań czytelnictwa, można powiedzieć że jakiekolwiek książki sprzedaje się tutaj dobrze). Ponad 50000 egzemplarzy pękło, tytuł od daty wydania polskiej edycji nieustannie w czubie notowań bestsellerów. Co się zatem nie zgadza? Wszystko się zgadza. Mem ateizmu zmienia oblicze tej ziemi, tymczasem Partia Boga na tę zmianę reakcyjnie reaguje. Nic nowego pod słońcem. Zmienia się tylko globalny kontekst sporu, zwiększając szansę na przewartościowanie wszystkich wartości.
„Bóg urojony” to sporej miary dawka propagandy i ideologii, jak nic – książka polityczna. Pełne pasji wołanie o kontynuację projektu oświecenia.
Tak, Dawkins jest XIX-wieczny. Tak, jest prowokacyjny, bywa niemiły. Teologom i innym dobrze wychowanym i wykształconym obrońcom Partii Boga nie przynosi pokoju ekumenii pełnej szacunku do Niepoznawalnego, ale miecz konfrontacji światopoglądowej spójności i nową propozycję bilansowania kosztów i zysków pozostawania pod wpływem gruntowanej religijnie, dość powszechnie panującej nam episteme.
Pytanie wstępne: po co to komu? Po co jest „Bóg urojony”? Po cholerę ładować energię i zawiązywać nadzieję na ferment wokół, zdawałoby się, dawno wybrzmiałego sporu (któremu ton nadał onegdaj – dziewiętnastowieczny jeszcze bardziej niż sam Dawkins wcielony – Feuerbach)? Po co jątrzyć, atakować, ostrzyć sekularystyczne dzidy? Jaki będzie koszt tej dziewiętnastowiecznie naiwnej nadaktywności ateuszy – wyznawców urojenia religijnego – w świecie, który już wie, że bez Boga i bez religii ani rusz (Kołakowski), że nie ma łatwego odwrotu od metafizyki w dziecięcość scjentystycznej ideologii (Habermas)? Gdzie Rzym, a gdzie Krym, czyli gdzie współczesna myśl (post)humanistyczna, a gdzie ateo-troglodyci, przyjmujący na wiarę wyznanie Gagarina, że mianowicie: „Boga niet”?
Dawkins jest ważny, bo ważny jest przedmiot starego-nowego sporu; o oblicze Ziemi oraz o status jej metafizycznych okolic. Ważna jest społeczna krytyka instytucji religii, jakiej Dawkins dokonuje w „Bogu urojonym”. Co stwierdziłem, spróbuję uzasadnić.
W dobie intelektualnego dopieszczania irracjonalizmu rozmaitych, najczęściej religijnych i postsekularnych proweniencji, wołanie Dawkinsa o przywrócenie odpowiedniej rangi rozumowi nie jest sprawą społecznie indyferentną.
Autor „Samolubnego genu” bije na alarm, bo jako człowiek nauki czuje na plecach oddech odwrotu od społecznych zdobyczy Zachodu. Głębiej: od atmosfery intelektualnej, która w ogóle umożliwiła wyjście człowieka ze stanu niewoli naturalnego zdeterminowania, otwierając drogę ku międzyludzkim relacjom fundowanym na imperatywie podmiotowego samostanowienia każdego uczestnika gry w życie społeczne. Bez przemocy osobników alfa, bez niechcianych dzieci, międzyplemiennych i narodowych wojen, bez królów, bez panów, bez poddanych, bez wykluczonych. Bez bogów. Z rozumem.
Religia atakowana jest przez Dawkinsa przede wszystkim jako instytucja osadzona na celebrze bez-(albo, jak chcą Uczeni w Dobrych Księgach, poza- bądź ponad-)rozumu. Bóg przekracza ludzką rozumność – to być może jedna z najtrafniejszych charakterystyk analizowanego przez Dawkinsa artefaktu. Z wynoszenia pod niebiosa idei, której
istotą jest niepojętość, płyną poważne konsekwencje społeczne. Nie chodzi nawet o to, że w walce o zachowanie powagi Tajemnicy instytucje religijne dopuszczały się (i nadal dopuszczają) aktów przemocy na heretykach, rozbrajających jej majestat (albo zdradzających Tajemnicę dla innego jej wariantu w ramach religijnego porządku). Idzie raczej o trwałe piętno, wdrukowywane w mentalne uposażenie indoktrynowanych podmiotów przez instytucje religijne. Religia dowartościowuje bez-krytyczność (bez-krytycyzm), wiarę „na słowo” (idea silnie zakorzeniona w rozteologizowanej filozofii dialogu spod znaku Bubera, Rosenzweiga czy Ebnera), dla której jakakolwiek próba racjonalnej kontroli może okazać się zabójcza. Tym samym religia jest siłą powodującą spowolnienie, wyhamowywanie dziejowej emancypacji człowieka wobec świata jego własnych naturalnych uwarunkowań. Religia spowalnia ruch ku coraz pełniejszemu poznaniu rzeczywistości naturalnej, to jest: tego wszystkiego, co podpada pod procedury naukowej roboty. Walka przeciw walce z niewiedzą, z mentalnymi czy technicznymi ograniczeniami, jest – przekonuje Dawkins – nieusuwalną częścią religijnej roboty. Dawniej po prostu strącała głowy wywrotowców ubogacone niewyparzonymi jęzorami. Dziś dyskretnie ogranicza się do zaszczepiania ludzi przeciw nie dającemu się łatwo kontrolować wirusowi ciekawości świata, tego świata. Adoracja Niepoznawalnego, Tajemnicy, po stronie społecznych kosztów odbija się potencjalną stratą przyrostu wartościowej wiedzy o świecie. Religia uczy: „cnotą jest trwanie w niewiedzy” (s. 180).
Instrumentarium służące utrwalaniu biopolitycznej kontroli, znajdujące się w dyspozycji religijnych instytucji, jest bogate. Dawkins zwraca uwagę na kilka narzędzi tego typu. Jednym z nich jest tradycyjny – i dlatego nieustająco silny – szacunek okazywany religii i wierze religijnej w dyskursach publicznych. Szacunek zdobyty pośrednio, jedynie dziedziczony, tłumaczony długowiecznością instytucji, której dotyczy. Warto zwrócić na ten drobiazg uwagę, bowiem Dawkins z „Boga urojonego” obrywa często z tytułu obrazoburstwa. Powszechnie uznawany szacunek wobec religii i wiary religijnej tylko z tego powodu, że trwają, w sposób wyjątkowo skuteczny wyhamowuje krytyczną refleksję wokół nich.
Szacunek wobec religii oznacza faktycznie przyzwolenie na jej dalszą tabuizację. Bo jak gadać o religii, skoro pewnych rzeczy – tak czy inaczej uzasadnianych wątpliwości – po prostu nie przystoi mówić publicznie pod szantażem urazy czyichś religijnych uczuć? Dlaczego jest tak, że „w naszym społeczeństwie powszechnie (również przez niewierzących) akceptowany jest pogląd, iż przekonania religijne to domena szczególnie drażliwa, więc należy je chronić grubym murem wymuszonego szacunku; że przysługuje im nadzwyczajny immunitet niewystępujący w żadnej innej sferze życia społecznego”? (s. 46) Dawkins przywołuje uwagę H.L. Menckena: „Powinniśmy szanować poglądy religijne naszych bliźnich, ale tylko w takim sensie i do takiego stopnia, do jakiego szanujemy czyjeś przekonanie, że jego żona jest piękną kobietą, a dzieci są bardzo mądre”. Kiedy więc dzieci przyjaciół zaczynają palić, gwałcić i rabować – szacunek wobec przyjacielskich uczuć musi zejść na dalszy plan aksjologicznej ważności. W innym wypadku uczucia służyć będą za knebel. Religia nie jest świętą krową i, jak każdemu przejawowi społecznego stanowienia człowieka na Ziemi, przysługuje jej prawo do nieskrępowanej i uczciwej, racjonalnej krytyki. Nie da się jej jednak prowadzić z nerwowym oddechem biskupa, rabina czy imama – oraz wszystkich tych, co za prawdę biorą każde ich słowo – za plecami.
Ów „wymuszony szacunek” podlega reprodukcji w prosty sposób. Jest to jeden z licznych efektów indoktrynacji religijnej, jakiej systematycznie poddawane są dzieci ludzi, którzy jako dzieci poddawani byli indoktrynacji religijnej. Jezus prosił: „pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”, więc pozwalają, a władza bożej administracji utrwala się z pokolenia na pokolenie. „On umarł, abyś mógł żyć” – treści tego typu zdobiły przed wielkanocnymi świętami tysiące gazetek ściennych w tysiącach szkół. Dawkins doszukuje się w tym przekazie subtelnej formy sadomasochistycznej psychomanipulacji. Wie o tym pedagog, wie i jezuita: dziecko w młodszym wieku szkolnym obdarzone jest niezwykle bujną wyobraźnią, której zainfekowanie złymi memami na trwale wpisuje się w funkcje psychiczne.
Ofiara krzyża, krew baranka, plucie i biczowanie, nasze grzechy, Jego męka, szatan, piekło, wieczny ogień i raj, wieczna chwała i majestat – bez względu na hermeneutyczne wolty teologów od prawa do lewa, relatywizujących dosłowność biblijnych obrazów, katechezy dla dzieci przekazują proste i wymowne treści kupowane jeden do jednego przez nieświadomą sytuacji małoletnią klientelę. Nawet jeśli indoktrynacja nie zaowocuje głęboką religijnością (a w większości przypadków nie zaowocuje), to o trwałość przekazu i reprodukcję duchowej władzy opartej na wdrukowaniu ideologicznego programu można być spokojnym. (Swoją drogą, zadziwiająca jest popularność personalizmu jako filozoficznej wykładni społecznej nauki katolicyzmu; personalizmu, który wywyższa podmiotowość drugiego człowieka. Gdzie troska o podmiotowość dziecka, gdy nieukształtowane mentalnie dzieci modeluje się wedle uznania instytucji?)
Podobnie silny sprzeciw budzi w Dawkinsie nieświadomie powielany językowy zwyczaj etykietowania dzieci za pomocą wiary wyznawanej przez ich rodziców. „Jak jakikolwiek przyzwoity człowiek może myśleć, że to uczciwe etykietować czteroletnie dzieci poprzez kosmologiczne i teologiczne poglądy ich rodziców?” Przecież z miejsca rozpoznajemy niestosowność takiego, szczęśliwie fikcyjnego, podpisu pod zdjęciem z wizerunkami dzieci: „Shadbreed (keynesista, lat cztery), Musharaff (monetarysta, lat cztery) i Adele (marksistka, wiek – cztery lata)” (s. 451), tymczasem etykietę typu „katolickie dzieci” przełykamy zwyczajowo bez bólu. „Nie wahajcie się wpadać we wściekłość, ile razy coś takiego usłyszycie. Żadne małe dziecko nie jest chrześcijaninem czy muzułmaninem – co najwyżej jest dzieckiem chrześcijańskich lub muzułmańskich rodziców”. (s. 454)
Od etykietowania dzieci już tylko pół kroku do dzielenia i konfliktowania, stygmatyzowania i wykluczania odmienności. „Religia dzieli – to nie ulega żadnej wątpliwości i to zarazem jeden z najpoważniejszych zarzutów wobec wszelkich systemów religijnych”. (s. 351) „Nawet gdyby religia nie czyniła żadnych innych szkód, to jej niczym nie uzasadniona, bezsensowna skłonność do wzmacniania podziałów – świadomie kultywowana afirmacja naturalnej ludzkiej tendencji do faworyzowania własnej grupy i odrzucania obcych – wystarczyłoby, by uznać ją za ważny oręż zła na Ziemi”. (s. 255-256)
(Trzeba przyznać, że znacznie więcej taktu miał Daniel Dennett w „Odczarowaniu”, w którym niemalże prosi „cywilizowanie” religijnych czytelników o wzięcie na siebie części odpowiedzialności za ekscesy przemocy w wykonaniu ich fundamentalistycznych braci w wierze.)
„Bóg urojony” nie jest wybitnym wydarzeniem intelektualnym. To raczej mocne uderzenie w stół. Dawkins – nie wiadomo czemu religijni oponenci robią mu z tego tytułu zarzut – nie odkrywa nowych kart w starym sporze, nie udowadnia nie-istnienia Boga. Za to – w obliczu zagrożenia autonomii nauki przez religijną władzę – mocno angażuje się w obronie ateizmu. Broni go w staroświeckim stylu – poprzez frontalną krytykę podstaw, na których zbudowała swoją siłę religia. Mocno i wyraźnie artykułuje jej słabości i związane z nią wątpliwości. Być może – w pasji ateistycznego misjonarza (który jednak nie pozwala na określanie się mianem fundamentalisty a rebours; istnieją warunki, pod którymi Dawkins jest skłonny odrzucić swój twardy darwinizm; nie istnieją warunki analogicznej operacji odrzucenia dla fundamentalistycznego muzułmanina czy chrześcijanina – tu skrywa się różnica między pasją a fundamentalizmem) – porusza się po kwestiach silnie wiążących ludzkie emocje z gracją słonia w składzie porcelany.
Ważność „Boga urojonego” to ważność szeroko czytanej, dyskutowanej, komentowanej, krytykowanej publicystyki. Ta książka uruchomiła całą serię zdarzeń i inicjatyw społecznych, stanowiących próbę rewaloryzacji ateizmu w kulturze Zachodu. Ateizmu, który nigdy na dobrą sprawę nie miał swoich pięciu minut na demokratycznie zarządzanym forum wymiany idei. Ateizm, czy raczej: stojący za ateizmem naturalizm, nie jest tymczasem ideą okaleczoną, obraną z Tajemnicy, jest pełnokrwistym projektem światopoglądowym ze sporym potencjałem emancypacyjnym. Z ducha naturalizmu wypływa przecież utylitarystyczna wizja dobrej ziemi dla spełnionych istot (nie tylko) ludzkich, cieszących się wystarczająco wysoką jakością życia, w którym minimalizuje się ból i cierpienie na rzecz radości i szczęścia. Możliwie dla wszystkich, nie dla skwapliwie (według religijnego czy jakiegokolwiek innego szowinistyczego kryterium) wybranych. Cieszących się dobrym życiem tu i teraz – nie: gdzie indziej i co prawda dopiero po śmierci, ale za to na wieki.
Richard Dawkins, Bóg urojony, przeł. P.J. Szwajcer, Wydawnictwo CIS, Warszawa 2007
Michel Onfray, Traktat ateologiczny, przeł. M. Kwaterko, Wydawnictw PIW, Warszawa 2008
Nie_Samo_Tofu w kryzysie, cierpi na niemotę. Wygląda, jakbym od Bibki Karola nie trzeźwiał, a to nie tak. Bo i owszem, czyta się to i owo, a jednak nic na tyle istotnego, co miałoby przymuszać do piśmienniczej reakcji. Tym niemniej raz po raz zadziwia mnie taka czy owaka treść drukowana. Przykładowo ostatniego jewropejskiego felietonu Macieja Nowickiego podsuma:
Krytyka religii sprowadza się zazwyczaj do stwierdzenia, że Bóg jest urojeniem - a więc nie istnieje. Takie dowody nie mają żadnego sensu (jeżeli Boga nie ma, dzieje się tak z jakiegoś innego powodu). Wszystko wskazuje na to, że nasze ciało jest w ogromnym stopniu urojeniem naszego mózgu, fantomem podobnym do fantomu odciętej kończyny. Ale to przecież wcale nie znaczy, że nie istniejemy.
Pal sześć sam felieton (średniawka po całości), ale wyżej cytowany ustęp (którego dwuznaczność wybrzmiewa mi tu jak ta lala) poraża. Kto to puścił do druku, chłopaki? Przecież "Europa" to niczego sobie pożyteczna i estetyczna jest (była?) instytucja. Skąd taki babol nagle? Może weźmiecie mnie, chłopaki, na redaktora, gdyż albowiem poszukuję wciąż pracy, a Wy roboty redakcyjnej potrzebujecie jak kania dżdżu!
Pracy w Jewropie prawdopodobnie nie dostanę, ale za to na bazie ustępu łatwo wypisać se usprawiedliwienie z ponad miesięcznej tofu_absencji. Bo skoro takie rzeczy zadają do czytania, to niech się nie dziwią, że nie ma przemyśliwania. Przemyśliwać można jedynie kwestie z tzw. sensem w środku, tymczasem "takie dowody nie mają żadnego sensu".
(Doooobra, koniec żartów! Wracam za moment, będzie o nauce i lewicy, czyli Sprawach Pierwszych, za jednym zamachem. Czekajcie znaku, tofużercy!)
Jeśli dziś 12 lutego to mamy Darwin Day! Świąteczny nastrój od samego rana. Z córką, która byczy się "chorując" na stan podgorączkowy, zjedliśmy świąteczne śniadanie (parówy sojowe na gorąco z razowcem i - opcjonalnie - musztardą), po śniadaniu toast wznieśliśmy, ona napojem typu herbata na zimno, ja winem czerwonym z dość niskiej półki (co miało symbolizować przywiązanie do teorii o pochodzeniu wyższych gatunków win od gatunków niższych). Zamiast tortu - gorzka czekolada. Gorzka czekolada, jak wiadomo jej zwolennikom (w tym słodyczożernym weganom), nie jest w sumie taka gorzka jak by się wydawało przed skosztowaniem pierwszej w życiu kostki. I to, rzecz jasna, także ma znaczenie symboliczne.
Tak, proszę Czytelnika, od rana rodzinnie celebrujemy Najbardziej Niedocenione Święto Roku. Celebrę przeciągam z rodzinnego sioła na bloga. Tutaj zaś pragnę złożyć wszystkim czytelnikom i nie czytelnikom, zwolennikom ewolucjonizmu i ich oponentom, życzenia miłego dnia, Dnia Darwina. Dla ostatniej z wymienionych w poprzednim zdaniu podgrupy homo sapiens mam też okazjonalny prezencik: kilka niczego sobie dowcipnych fakcików, wyjętych z biografii Karola Darwina, po którą - także celebrystycznie - sięgnąłem z półki (Karol Darwin, Dzieła wybrane, tom VIII, Warszawa 1960). Fakciki te mogą posłużyć - po poddaniu ich odpowiedniej obróbce ideologiczno-ekwilibrystycznej - jako budulec dla argumentów znoszących teorię wyłożoną w "O powstawaniu gatunków". Nie wiem, czy się uda, ale kto nie próbuje ten nie daje rady. W każdym razie voila, oto słabe punkty w życiorysie Największego Destruktora Wielkiej Opowieści!
1. Muszę się (...) przyznać - z musu przyznaje się Darwin -iż jako mały chłopiec byłem bardzo skłonny do komponowania różnych zmyślonych historii, i to zawsze dla wywołania sensacji. (s. 4) Ha! Czego chcieć więcej! Przecież to prawie to samo, co powiedzieć: "przyznaję, że z lubością łgam przez całe swoje życie i nic, co wymyśliłem, nie trzyma się faktograficznej kupy!" Darwin leży już i kwiczy, wystarczy sprawnym ruchem buta dobić (chyba, że, mając na uwadze ogrom oddarwinowskiej podłości i sromoty, uznajemy konieczność odbycia przezeń pokuty, zadanej pod postacią powolnego i długotrwałego konania). Przecież każden psychol czy tam pedagog wie, że czym skorupka za młodu i tak dalej. "Dla wywołania sensacji" plótł mały Karolek kociopoły rodzicom! Stary już Karol "zmyślonymi historiami" bulwersował naiwny i dobroduszny świat również jedynie "dla wywołania sensacji"! Egocentryk i skandalista, zakompleksiony fantasta i zbereźnik. Czego trzeba więcej, by zrozumieć ponuro żartobliwy charakter tej niby-naukowej teorii?
2. Ojciec powiedział mi raz, ku mojemu głębokiemu upokorzeniu: "nic cię nie obchodzi poza strzelaniem, psami i łapaniem szczurów, wstyd przynosisz sobie i całej rodzinie". (s. 7) Wstyd! Wstyd! Wstyd! Nie trzeba Freuda, Lacana ni Żiżka, coby wejrzeć w psychopatologiczny fundament twórczości Darwina. Czy jego upodobanie do wymyślania idiotyzmów (którego kompensacyjna funkcja jest jasna jak Najwyższa Jasnota) nie wiąże się bezpośrednio z poczuciem upokorzenia ze strony ojca? Może nie, ale może a i owszem, warto sprawdzić tę hipotezę za pomocą interdyscyplinarnego instrumentarium będącego na wyposażeniu każdego postmodernistycznego warsztatu krytyczno-kliniczno-historycznego.
3. Fantasta? Oczywiście. Łgarz? W rzeczy samej. Neurotyk? Nie inaczej. Do tego rozpustnik i rozrzutnik!
Jakkolwiek mój pobyt w Cambridge miał (...) jaśniejsze strony, czas ten był dla mnie na nieszczęście zmarnowany, a nawet gorzej niż zmarnowany. Moja pasja strzelecka i myśliwska, a gdy tego czasem zabrakło - zamiłowanie do konnych wycieczek, pchnęły mnie w grono sportowców, w którym było sporo hulaszczej i ograniczonej młodzieży. Często wieczorem jadaliśmy razem obiad (...); niekiedy piliśmy za dużo, podśpiewywaliśmy wesoło, graliśmy w karty. Wiem, że powinienem się wstydzić tak spędzanych dni i wieczorów; ponieważ jednak niektórzy z moich przyjaciół byli bardzo sympatyczni i nastrój był nieraz bardzo miły, wspominam te czasy z wielką przyjemnością. (s. 27)
No właśnie: wie, że powinien się wstydzić, ale się nie wstydzi, a wręcz przeciwnie! Bezwstydnik i ladaco, bez dwóch zdań. Zwracam uwagę na dwa detale. Detal 1: Darwin - fantasta i neurotyk - popada "w grono sportowców". Niby nic, a jednak. Czy nie wtedy - w czas fascynacji sprawnością fizyczną, której wzorem skacząca niedościgle małpa - zagnieżdża się w karolej głowie ów podstępny i zwodniczy wirus, który po latach przeistoczy się w "O pochodzeniu człowieka"? Detal 2: Darwin i jego szemrana kompania obiady zwykli jadać wieczorem. Czy może coś dobrego pochodzić od podobnych abnegatów? Och, gdybyż w czas studiów, miast sprzeniewierzania ojcowizny, skupił się młody Darwin na uczciwej i sumiennej nauce, może zaniechałby niebezpiecznej zabawy dziecka zapałkami, wprowadzającej chaos w odwieczny porządek? A tak mamy bigos i klops, i ktoś tę małpę musi zjeść!
4. Najlepsze... ups, pardon... oczywiście najgorsze dopiero przed nami! Oto bezwstydnie przyznaje się Darwin: w czas studenckiej demoralizacji wynajmowałem chłopców z chóru, aby śpiewali u mnie w pokoju. Śpiewali? Ciekawym, po co Darwinu śpiewanie "chłopców", skoro już w kolejnym zdaniu Autobiografii czytamy: jestem tak całkowicie pozbawiony słuchu, że nie umiem poznać dysonansu ani też poprawnie i do taktu coś zanucić; jest dla mnie tajemnicą, w jaki sposób muzyka mogła mi sprawiać tyle przyjemności. (s. 28) Tajemnicą jest dla niego?!? Bezwstydny sodomita! Zabawia się z bezbronnym czytelnikiem snując sugestie i fantazje! Ucho drewniane przyjmuje w domu "chłopców z chóru". Po cóż, pytam się? Po cóż? Biedni chłopcy, biedny ojciec, co na własnej piersi uhodował taką potworność, biedny świat, co z potwornością oną - z bezeceństwami przez jej grzeszne fantazje stworzonymi - po dziś dzień musi się zmagać!
5. W kolejnym akapicie czytamy o zatruciu Darwina jadem chrząszcza, którego trzymał - z braku wolnych rąk, pozajmowanych niewoleniem kolejnych nieszczęsnych żyjątek - w ustach; wtedywytrysnął on niezwykle ostrą ciecz, która tak piekła mnie w język, że musiałem go wypluć. (s. 28) Po pierwsze: kto normalny traci czas na zbieranie po chaszczach chrząszczy czy innego paskudztwa? O czym może świadczyć tego typu zboczenie? Po wtóre: "ostra ciecz", co piekła Karola w język - czy to nie ten sam roztwór, który truje ludzkie umysły darwinowską wydzieliną? Infekcja trwa i przenosi się poprzez pokolenia. Bojaźń, trwoga i drżenie.
6. Fantastyczna teoria Darwina pochodzi z niepospolitej nienawiści jej autora do Boga. Dowód na nią znajdujemy również w Autobiografii. To Darwin, nie Dawkins, pierwszy uderzył w podstawę Królestwa Bożego na Ziemi, postulując diaboliczne majstrowanie w niewinnych główkach dzieci. Jest napisane: Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Tylko Darwin li Dawkins wcielony może stawać na drodze dzielącej niewinne od Niewinnego!
Nie możemy też przeoczyć możliwości ciągłego wszczepiania wiary w Boga w umysły dzieci, co wywiera tak silny i prawdopodobnie dziedziczny wpływ na ich mózg niezupełnie jeszcze rozwinięty, że tak samo trudno im odrzucić wiarę w Boga, jak małpie trudno jest pozbyć się instynktownego strachu i nienawiści do węża. (s. 47)
Istnie szatańska przebiegłość! Diabelski spryt! Bóg - Dziecko / Małpa - Wąż, żadne słowo nie jest tu przypadkowe, każde ma głęboko duchowy, metaforyczny sens. O nie, Darwin nie jest pospolitym głuptasem! Jego robota knuta jest przebiegle i - mając na względzie przaśną przeciętność jego intelektualnego uposażenia - nie od niego samego pochodzi. Fantasta, hulaka, kłamca, sodomita, łapacz szczurów, wyznawca małpiego rodzaju - czarci zaprzedaniec, bez dwóch zdań! Cóż za naiwność hrabiego Stanhope, któren to miał ponoć zapytać Darwina: Dlaczego nie porzuci pan tych geologicznych i zoologicznych hocków-klocków i nie zwróci się pan do wiedzy tajemnej? (s. 58) Otóż właśnie poprzez owe "hocki klocki" zbój ten, Darwin, cały był zwrócony ku wiedzy tajemnej, ponurej i złej! Ten szatan w angielskiej skórze nie powiedział w całym swym życiu słowa Prawdy, ni sylaby nawet, z której słowo takie można by było skumpletować! A ilu baranów polazło za tą owcą czarną a podłą, któż to zliczy?
7. Sprawia mi trudność jasne i ścisłe wyrażanie się. (s. 74) Łgarstwo! To nie trudność! To metoda przebiegłego szczura, węża, małpiszona! To środek do wniwecz obracania wszystkiego, co da się wniwecz obrócić! A jeżeli nie, to tym gorzej dla Darwina. Znaczy, że nie wyraża się jasno i ściśle, skąd tedy mamy wiedzieć, o co się jemu rozchodziło z całym tym, pożal się Boże, doborem naturalnym?
8. Stary Darwin skarży się na godny pożałowania zanik wyższego odczucia estetycznego. (s. 75) Nie mam już czasu wyjaśniać, jak to się mieć może do całokształtu "dzieła" tego fantasty, neurotyka i szatanisty. I o czym takie coś w ogóle zaświadcza. Bardzo proszę samemu dorobić temu cytatu odpowiednie uszy.
Koniec prezentów, mam nadzieję, że coś z powyższej listy przyda się do szerzenia zbożnego dzieła. Za resztę przepraszam. Powodzenia!
Nie wiadomo do końca, co lewicowego przewodzi Paktofonika (zwłaszcza, że chłopaki są totalnie indyferentni politycznie, co sprawdziłem na własne ucho na kaliskim spotkaniu z bohaterami i autorem książki), za to kolejny (chronologicznie wcześniejszy) "Przewodnik Krytyki Politycznej" autorstwa Chantal Mouffe pt. "Polityczność" w przekładzie Joanny Erbel przewodzi dość jasne idee, transmituje wyraźny przekaz, choć i jego lewicowość jest w pewnych partiach tekstu nie dość oczywista. Ale od początku.
Mouffe jest jedną z twarzy lewicowej apologii politycznego konfliktu, który - w mniemaniu jego stronników - ma moc reanimacji demokracji, wypłukiwanej efektywnie przez dominujący dziś (także w Polsce w wykonaniu PO) model uprawiania polityki. Cechuje się on zacieraniem różnic ideologicznych - zacieraniem klasycznego podziału na lewicę i prawicę - oraz ustanawianiem na tym miejscu władzy technokratyczno-eksperckich rządów. Polityka zawsze ma swój "stronniczy" wymiar - ludzie nie będą się interesować polityką, jeśli zabraknie możliwości wyboru między partiami oferującymi rzeczywiste alternatywy. Właśnie tego brakuje we współczesnym uwielbieniu dla demokratycznej "bezstronności". (s. 44)
Symptomem (a być może także i warunkiem możliwości) odideologicznienia i utechnokratycznienia władzy jest wytrącenie elementu emocjonalności z fundującego ją dyskursu. Tymczasem dobrze funkcjonująca demokracja wymaga ścierania się prawomocnych, demokratycznych stanowisk politycznych. Na tym właśnie ma polegać konfrontacja między lewicą a prawicą. Powinna ona być źródłem zbiorowych form identyfikacji zdolnych mobilizować polityczne namiętności. (s. 45) Nie ma demokracji bez konfliktu, a tego ostatniego bez zaangażowania emocji na potrzeby intersubiektywnej wymiany fundujących postawy społeczne idei. I dlatego jaśnie nam panująca "polityka miłości" jest efektywnym narzędziem cynicznego rozporządzania zdobytą władzą, ale jednocześnie, w szerszym kontekście, destabilizuje projekt demokratyczny, fundujący władzę. Dlaczego destabilizuje? Bo zaciera różnice ideowe uwewnętrznione w podmiotach ją (władzę) stanowiących. A zacierając te różnice obiera politykę z emocji. A obierając ją z emocji - odbiera jej społeczną atrakcyjność. A odbierając atrakcyjność - ogranicza, a nie poszerza, siłę mandatu do sprawowania władzy w imieniu suwerena.
Skoro między partiami nie ma fundamentalnej różnicy, będą starały się sprzedać swoje produkty za pomocą zmyślonego marketingu i agencji reklamowych. Skutkiem będzie rosnące rozczarowanie polityką i drastyczny spadek uczestnictwa w wyborach. Jak długo potrwa, zanim obywatele zupełnie stracą wiarę w proces demokratyczny? (s. 79)
Niepokojona i niepokojąca tą perspektywą Mouffe woła o konflikt, spolaryzowanie stanowisk, o powrót ideologii i odwołanie technologii z urzędu Pierwszego Projektanta Praktyki Władania.
Pomysł na to, jak ów konflikt bezpiecznie acz efektywnie przywrócić na łono polityki, jest zasadniczym tematem pomarańczowej książeczki. Bezpiecznie - znaczy bez popadania w nagą przemoc (za jaką obstawał mocno inspirujący Mouffe i jej polskiego wydawcę Carl Schmitt). Pomysł ten jest względnie prosty i czytelny (dzięki czemu pomarańczowa książeczka jest książeczką właśnie, nie zaś opasłym tomiszczem):
Jeśli chcemy pogodzić nieredukowalną trwałość antagonistycznego wymiaru konfliktu z jednej strony, z możliwością jego "poskromienia" z drugiej, musimy wprowadzić tzreci typ relacji, który proponuję nazwać "agonizmem". Podczas gdy antagonizm jest typem relacji my/oni, charakteryzującej się tym, że strony są wrogami, którzy nie dzielą punktów odniesienia, agonizm jest relacją my/oni, w której z kolei strony, będąc świadome niemożliwości zaistnienia racjonalnego rozwiązania dzielącego je konfliktu, uznają jednocześnie prawomocność swoich przeciwników. Są dla siebie "przeciwnikami", a nie wrogami. Oznacza to również, że mimo konfliktu strony postrzegają siebie jako przynależne do tego samego zrzeszenia politycznego, jako dzielące to samo uniwersum symboliczne. (s. 35)
Antagonistyczne rozróżnienie my/oni kreuje wrogów (i wrogość), agniczne rozróżnienie my/oni kreuje zaś przeciwników. Przeciwnik to ktoś, z kim nie sposób zgodzić się co do pomysłów na projektowanie wspólnego świata (bo różnice ideologiczne, jakie nas różnią, nie mają rozumnych podstaw; angażując emocje wzmacniają irracjonalną nogę polityki), ale z kim można (a zatem trzeba) dogadać się co do warunków, w jakich prowadzi się spór o tego świata kształt. A skoro można się z nim dogadać, znaczy to, że uznaje się jego podmiotowość. Uznanie podmiotowości oponenta różnicuje wroga i przeciwnika (mam wrażenie, że inspirujący Mouffe Schmitt miał na ten temat zupełnie inny pomysł, ale niech ta). Czy można jeszcze coś ważnego w tej materii powiedzieć? Można powiedzieć, że zadaniem demokracji jest właśnie przekształcanie relacji antagonistycznych w agoniczne. (s. 36)
Potem Mouffe rozprawia się z teoretykami, którzy nie dostrzegają antagonistycznego jądra demokratycznego stanowienia porządku, albo dostrzegając je pracują na rzecz jego destrukcji, bezwiednie pracując tym samym na rzecz destrukcji samej demokracji. Dostaje się głównie Giddensowi za "trzecią drogę" i Beckowi za "subpolitykę", także Hardtowi/Negriemu za "Imperium" i multitude.
Jeszcze dalej idzie o moralność jako narzędzie uprawiania polityki. Dokładniej: o zastąpienie rejestru ideologii rejestrem moralności w uprawianiu politycznej debaty. To, według Mouffe, obok strategii zacierania różnic ideowych i zastępowania ich dyskursem eksperckim, najpoważniejsze niebezpieczeństwo dla demokracji. O co chodzi? Mówiąc krótko, chodzi o wszelkiej miary "ludzi honoru" i "małych ludzi", "cywilizacje życia" i "osie zła", o moralne stygmatyzowanie oponentów (i sygnowanych przez nich projektów politycznych), wydatnie przyczyniające się do wypychania ich poza nawias debaty publicznej.
Gdy polityka jest odgrywana w rejestrze moralności, antagonizm nie może przybrać agonicznej postaci. Właśnie gdy przeciwnicy są definiowani nie na gruncie politycznym, lecz moralnym, nie mogą być postrzegani jako "przeciwnicy", ale tylko jako "wrogowie". "Źli oni" nie nadają się do agonicznej debaty i muszą zostać wytępieni. (s. 92)
Takie rozpoznanie jest w Polsce dość świeżej daty, dokonało się w czasach świetności tzw. IV RP i w jego wyniku do głosu doszły rozmaite perspektywy interpretacyjne, które trą się dziś aż miło, przełamując hegemonię ideologiczną gospodarczego neoliberalizmu i jego kulturowej nadbudowy.
Ostatnia część tekstu Mouffe dotyczy przełożenia idei agonizmu na politykę globalną. Autorka rozpoznaje postpolityczny charakter perspektywy kosmopolitycznej i poddaje ją krytyce:
Wdrożenie kosmopolitycznego porządku, niezależnie od tego w jakiej występuje on postaci, zakończy się nałożeniem na cały świat jednego, liberalno-demokratycznego modelu. W istocie oznacza to poddanie większej liczby ludzi pod kontrolę Zachodu, podpierając się stwierdzeniem, że ten model jest najlepiej przystosowany do wdrożenia praw człowieka i uniwersalnych wartości. I (...) spowoduje to pojawienie się silnego oporu i niebezpiecznych antagonizmów. (s. 121)
Nie bardzo wiadomo z lektury, skąd wiedza autorki na temat kosmopolitycznego determinizmu, zmierzającego jednokierunkowo w okowy "jednego, liberalno-demokratycznego modelu". Nie wiadomo też za bardzo, co złego jest w powszechności emancypacyjnych procesów, zmierzających do "wdrożenia praw człowieka i uniwersalnych wartości". Najwyraźniej w słowach Mouffe po raz kolejny dochodzi do głosu pewna forma etnocentryzmu i faworyzowania różnorodności kulturowej względem szczęśliwie przysługujących nam (wciąż jeszcze tylko) regionalnie podstawowych praw. Być może moje wątpliwości nie znajdują pokrycia w poglądach Mouffe, problem na tym polega, że nie mogą być one uznane za bezpodstawne na mocy lektury "Polityczności", zbyt wiele łatwo wyrażanych sądów i opinii krytycznych względem uniwersalistycznej strategii kosmopolityzmu, zbyt powierzchowne potraktowanie lansowanego przez autorkę modelu alternatywnego. Należy (...) koniecznie zrezygnować z iluzji zjednoczonego świata i działać w kierunku ustanowienia wielobiegunowego porządku światowego. (s. 134). Ale konkretnie o co chodzi? Czy "iluzja zjednoczonego świata" obejmuje, zdaniem Mouffe, globalnie powszechne szkolnictwo, emancypację podmiotów różnego typu szowinizmów? Świeckość prawa stanowi element takiej iluzji? A prawa zwierząt? Czy przysługiwać mogą (o ile kiedyś zostaną wywalczone) jedynie europejskim krowom i świniom? Czy "wielobiegunowy porządek światowy" to pomysł na "szacunek dla różnic kulturowych" nawet wtedy, gdy pewne elementy tych kultur - w imię uniwersalnych wartości - na żaden szacunek nie zasługują? Jest pewien ustęp "Boga urojonego", któren pasuje mi tu jak nic innego:
nieustannie stykamy się (...) [ze] skłonnością do fascynacji odmiennością etnicznych wierzeń i obyczajów, a ta obejmuje również usprawiedliwienie popełnianych w ich imieniu zbrodni. Postawa wielu skądinąd światłych i dobrych liberałów bywa w tym momencie iście schizofreniczna. Z jednej strony nie można przecież akceptować cierpienia i przemocy, z drugiej zaś postmodernistyczne i relatywistyczne przekonania nakazują szacunek dla innych kultur nie mniejszy niż dla własnej. Zabieg kliteroktomii jest, co nie ulega najmniejszej wątpliwości, potwornie bolesny i sprawia, że kobieta przestaje odczuwać przyjemność seksualną (w zasadzie głównie o to w nim chodzi). Myślę, że z połowa oświeconych, przyzwoitych ludzi o liberalnych poglądach chciałaby zakazania tego procederu. Druga połowa jednakże, z "szacunku" dla obcych kultur uważa, że nie powinniśmy się wtrącać, kiedy "oni" chcą okaleczać "swoje" dziewczęta. Problem jednak w tym, że zapominamy, iż te "ich" dziewczęta są w rzeczywistości "swoimi" dziewczętami, których własnych pragnień nie powinniśmy ignorować. (Richard Dawkins, Bóg urojony, Przeł. P. J. Szwajcer, Wyd. CiS, Warszawa 2007, s. 439)
To, to, to właśnie! Mouffe nie kupuje racji za obroną liberalnej demokracji, praw człowieka, uniwersalnych wartości, jakie wysuwają rzecznicy ich transmisji hen, w szeroki świat. Chodzi przecież o to, że nie dlatego demokracja liberalna czy prawa człowieka są fajne, bo są nasze, ale dlatego, że stanową w kupie zbiór narzędzi niwelujących z życia społecznego teoretyczne podstawy dla rozmaitych paskudztw tego świata, typu przemoc fizyczna, dyskryminacja, szowinizm, gwałt, nędza, niewolnictwo. Każdy głos podważający sensowność globalizacji i uniwersalizacji ideowych zdobyczy liberalnego Zachodu, choćby najbardziej subtelny (a głos Mouffe nie należy raczej do takich, bo trudno o subtelność kiedy swój koncept przedstawia się po przysłowiowych łebkach), ciąży ku relatywistycznemu pomysłowi na równofajność wszystkich bez wyjątku koncepcji życia społecznego. Nie wiem czy to jest specjalnie lewicowe. Jeśli tak, to mam w tym miejscu ewidentny lewicowy brak.
Możecie nie przeczytać żadnej innej mojej książki, ale tę przeczytajcie koniecznie - taki nakaz przywołuje do lektury "Fenotypu rozszerzonego" Richarda Dawkinsa na tylnej okładce wymienionego przed paroma słowami tomu. A że jam Ci dawkinsiarz skończony nie trzeba mnie było do lektury ciągnąć wołami. I ta okoliczność, że rzecz skierowana jest w głównej mierze do Dawkinsa kolegów po fachu, nie tylko mnie nie zniechęciła, ale wręcz dodatkowo zmobilizowała, podgrzewając niezdrowo ambicję. No bo że co? Że niby ja nie wyciągnę z lekturki oczekiwanego pożytku poznawczego? Jeśli nie ja, to kto? No i dałem się wpuścić w lekturę beznadziejną. Niech będą dzięki Bogu Urojonemu, że traf szczęśliwy nie podsunął mi "Fenotypu rozszerzonego" jako pierwszej książki Dawkinsa, którą byłem przeczytałem! Za nic w świecie nie dałbym sobie wmówić naonczas, że "Samolubny gen" czy "Rozplatając tęczę" to rzeczy warte uwagi! Dajcie Wy spokój, jakem ja się umęczył pod oksfordzkim biologiem w jego (bynajmniej nie popularno-) naukowym wcieleniu. Zbyt dużą część objętości tekstu dyskutuje z podobnymi sobie specami od chromosomów Y świergotka łąkowego i innych bezeceństw; dyskutuje z nimi na takim poziomie specjalistycznej rozkminy, że zdolność czytania ze zrozumieniem człowieka nie z tej sekty, choćby się on starał i skupiał na potęgę, musi popaść w ruinę wcześniej czy później. W moim przypadku zazwyczaj było to niestety wcześniej.
Dla wynagrodzenia trudów lektury upartego jak osioł czytelnika, co czyta wytrwale, choć już dawno nic nie rozumie, kilka ostatnich rozdziałów książki przynosi wreszcie jako taki poznawczy pożytek. Tam właśnie Dawkins serwuje w wersji "laik friendly" swoją teorię tytułowego fenotypu rozszerzonego. W skrócie idzie temu Dawkinsu o to, że fenotypowe konsekwencje genotypowych oddziaływań sięgają/mogą sięgać daleko dalej niż do granic ciała osobnika, któren stanowi "obudowę" (albo też, jak industral-poetycko rzecz ujmuje Autor, maszynę do propagacji replikatorów) tego właśnie genotypu. Innymi słowy, genotyp nie tylko może "wymuszać" kolor oczu, umaszczenia czy inne cechy fenotypowe własnego organizmu, może też determinować pewne zachowania organizmu, których efektem jest reorganizacja środowiska życia (czego dobrym przykładem bóbr i jego tamy), a nawet efektywnie wpływać na cechy fenotypowe tudzież behawior innych organizmów. Przykładów na takie poszerzenie pola walki o wyższą wartość replikacji podaje Dawkins kilka, a każden ciekawszy od pozostałych. Taka, dajmy na to, przywra, pasożytująca na ślimaku i wymuszająca dla własnego replikacyjnego interesu (wbrew analogicznemu interesowi ślimaka) zwiększenie grubości ślimaczej muszli. Albo kiełże zarażone larwami kolcogłowa, które zachowują się nie tak, jak nakazywałby interes nosiciela, ale wręcz przeciwnie, czyli wbrew swoim interesom na rzecz interesów pasożyta. Albo samce myszy (a może szczura? już nie pamiętam, sorry), które za pomocą odpowiednich feromonów działają na ciężarne samice w sposób doprowadzający je do poronienia. Albo, wreszcie, wirus grypy, który - całkiem być może - wymusza na mnie kichanie celem własnego propagowania się. No, sporo jest tego do prześledzenia, zaś konkluzja całej rzeczy może wyglądać następująco:
Geny wpływają na białka, które z kolei wpływają na X, które wpływa na Y, które wpływa na Z, które... wpływa na interesującą nas cehcę fenotypową. Ale w tradycyjnej genetyce X, Y i Z muszą być zamknięte wewnątrz ciała osobnika. Rozszezrona genetyka dostrzega arbitralność tej decyzji i podąża za X, Y, Z także wtedy, kiedy ich wpływy przechodzą z jednego ciała do drugiego. (s. 292)
Dawkins wieści zatem niezły misz-masz, totalny mix związków zależności między sumą istniejących genotypów a sumą efektów fenotypowych w postaci ciał i zachowań wszelkiej maści żywych organizmów. Według tradycyjnej genetyki ten związek jest dużo prostszy i ogranicza się do relacji wynikania między genotypem X a fenotypem X. Dawkins dostrzega tu arbitralność i, przekraczając ją, konstruuje niezwykle skomplikowaną siatkę relacji między genami a ciałami/zachowaniami. Myślę - pisze - że niemal każda cecha fenotypowa nosi ślady kompromisu między oddziaływaniem replikatorów wewnętrznych i zewnętrznych. (s. 310)
Broniąc (...) doktryny rozszerzonego fenotypu replikatora, starałem się podważyć zaufanie czytelnika do poglądu traktującego organizm jako jednostkę odnoszącą korzyści z powstawania przystosowań. (s. 311) I w drugą manię: mam wrażenie, że sama koncepcja fenotypu rozszerzonego była możliwa do wyartykułowania jedynie dzięki odrzuceniu tej perspektywy, w której to organizm/osobnik jest pierwszorzędnym beneficjentem doboru naturalnego. Jak tu i ówdzie wiadomo, Dawkins zwalcza staroświecki pogląd na prymarne ewolucyjnie znaczenie osobnika jeszcze bardziej zaciekle, niż Pana Boga. W każdym razie, moje osobiste zaufanie do ewolucyjnego "osobnikowizmu" skutecznie zostało podważone już podczas robienia "Samolubnego genu", a z "Fenotypu rozszerzonego" wyniosłem wyobrażenie o dalekich konsekwencjach genocentrycznego przewrotu na gruncie biologii ewolucyjnej. I dlatego lektura tej książki to, mimo wszystko, jednak dobry interesik był. Choć wersja popularnonaukowa naprawdę mogłaby się zamknąć w jednej piątej objętości całości.