czwartek, 25 grudnia 2008

O tym jak Dennett odczarowuje religię



"Odczarowanie" - tak się tytuli najnowsza książka Daniela Clementa Dennetta, wydana ostatnio przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Na inaugurację niniejszego blogotwórstwa obiecałem Państwu, a zwłaszcza sobie samemu, kilka słów na jej temat tuż po lekturze. Jako że jestem od jakiejś chwili "tuż po", tedy piszę, co następuje.

"Odczarowanie" obiecuje wiele, a nawet bardzo wiele. Już podtytuł - "Religia jako zjawisko naturalne" - zdradza szerokie ambicje autora, chcącego wyjaśnić pochodzenie religii z darwinowskiej perspektywy. Co prawda autor zastrzega się, że książka nie zgłasza pretensji do przedstawienia pełnej, skończonej teorii religii jako adaptacji środowiskowej (a jest raczej zaledwie zaproszeniem do podjęcia interdyscyplinarnej próby zbudowania takiej teorii), niemniej jego wybitnie ewolucjonistyczny fiś pozwalał żywić nadzieję, że do czynienia będziemy mieć z tekstem odmiennym co do strukury, niż głośne manifesty ateistyczne Dawkinsa, Hitschensa czy Onfraya. Dennett jest co prawda filozofem, ale za to filozofem wybitnie anglosaskim. Grzebie się w kognitywistyce, filozofii umysłu i w filozofii nauki, takoż w memetyce i -
not least - w biologii ewolucyjnej. To doskonałe wyposażenie poznawcze po temu, by próbować uknuć teoretyczny zarys podtytularnej "religii jako zjawiska naturalnego".

Czy dokonało się coś na miarę takiego zarysu? Mam spore wątpliwości. Pada w "Odczarowaniu" kilka interesujących pomysłów, mogących służyć za punkty wyjścia dla teoriotwórczej roboty, ale, mam wrażenie, znacząca część objętości tekstu to kolejny wariant ateistycznej manifestacji. Manifestacji różnej od wyżej zlinkowanych głównie z tego powodu, że nie tak brutalnej, radykalnej i wojującej. Z pewnego punktu widzenia (zastrzegam, że nie z mojego!) można by nawet dopatrywać się w tym krytycznym stonowaniu sporego ładunku światopoglądowej empatii, kulturalnego taktu i dyplomatycznego kunsztu Dennetta, gdyby nie wrażenie, iż jest ono po prostu konsekwencją niekonsekwencji; miał być tekst analityczny, raz po raz wyłazi z niego jednak propagandowa intencja. Jako że jest ona ubrana w kostium twórczości naukowej, to musi trzymać teoretyczny sznyt i nie hulać samopas po czytelniczych emocjach. Oddać jednak trzeba Dennettowi ciągotę do porozumienia ponad nie-znośnymi podziałami światopoglądowymi i zrozumienie dla stanowiska
pro-religion. Autor na poważnie chce wejść w debatę z ludźmi religijnymi i dba o to, by ci nie czuli się w jego towarzystwie źle (taki Dawkins na przykład ma to ewidentnie w nosie).

Przemycanie propagandy w tekście deklaratywnie analitycznym - to foch pierwszy i najogólniejszy. Fochów szczegółowszych mam jeszcze kilka (jeden z nich znalazł swoją doskonałą (no ba!) artykulację w moim komentarzu do recki z "Odczarowania" na blogu "Rozplatając tęczę"), ale nie będę marudził zanadto, bo jeszcze kogo niezdecydowanego do lektury na dobre zniechęcę, a byłoby szkoda (pomimo powyższych uwag , "Odczarowanie" to ciekawa i pożyteczna poznawczo lektura). Jeśli nie zapomnę (a raczej nie, bo co do pewnych spraw jestem pamiętliwy strasznie) to wbiję jeszcze jedną szpilę w Dennetta na koniec tego tekstu, żeby zakończenie nie było nadto hollywoodzkie. A teraz niech się dzieją tylko dobre rzeczy.

Jak wspomniałem, nie trudno znaleźć w omawianej książce koncepcje (czy raczej pomysły na koncepcje) ciekawe, intrygujące i inspirujące do samodzielnego rozmyślania po zajęciach na temat. Pierwsza z nich jest taka: według Dennetta instytucja religii jest późnym efektem fundamentalnej adaptacji, a mianowicie postawy intencjonalnej. Cechuje ona każdy umysł zwierzęcy, jeżeli traktuje on
pewne inne elementy świata jako
  • obiekty działające, które mają
  • ograniczone przekonania o świecie
  • specyficzne pragnienia oraz
  • wystarczający zdrowy rozsądek, by zachowywać się racjonalnie na te przekonania i pragnienia. (s. 144)
Tak scharakteryzowana postawa intencjonalna ma dość oczywiste wyjaśnienie biologiczne:
Każda istota, która się porusza, musi mieć coś w rodzaju umysłu, co trzyma ją z dala od rzeczy dla niej niebezpiecznych i pomaga znajdować dobre rzeczy; nawet skromny małż, nieskłonny do ruszania się z miejsca, wykazuje jedną z ważnych cech umysłu - unika niebezpieczeństwa, wycofując do skorupy swą pokarmową "nogę", ilekroć coś go zaalarmuje. Reaguje tak na każdą wibrację lub uderzenie, które zapewne w większości wypadków niczym mu nie grozi, lecz dewizą małża jest lepiej dmuchać na zimne (bezwiedne uzasadnienie jego systemu alarmowego). Ruchliwsze zwierzęta rozwinęły metody rozróżniania; w szczególności potrafią one dzielić wykrywane ruchy na nieważne (jak szelest liści lub kołysanie się wodorostów) oraz potencjalnie ważne - "ożywione" lub "biologiczne" ruchy innego obiektu działającego, innego zwierzęcia wyposażonego w umysł, które może być drapieżnikiem, zdobyczą, partnerem albo rywalem należącym do tego samego gatunku. Ma to, oczywiście, sens ekonomiczny. Jeśli boisz się każdego ruchu, który wykrywasz, nigdy nie znajdziesz kolacji, a jeśli nie niepokoją cię ruchy niebezpieczne, sam wkrótce staniesz się czyjąś kolacją. (s. 143)
Mało, że sami kombinujemy, to dodatkowo - na pewnym odcinku trasy na szczyt ewolucyjnego nieprawdopodobieństwa - zaczęliśmy kombinować, że kombinują też inne obiekty wokół nas. Samo w sobie nie ma to jeszcze nic wspólnego z narodzinami religii, ale ta adaptacja doprowadza nas (a w każdym razie Dennetta doprowadza) do możebności wyjaśnienia kolejnej zagwozdki: skąd się wzięła instytucja pogrzebu?
Nasza wrodzona potrzeba przybierania postawy intencjonalnej jest tak silna, że mamy poważne trudności z wyłączeniem tej postawy, gdy staje się ona czymś niewłaściwym. Kiedy umiera osoba, którą kochamy, lub choćby tylko dobrze znamy, stajemy przed niełatwym zadaniem kognitywnej aktualizacji: zrewidowania wszystkich naszych nawyków myślowych tak, by odpowiadały światu, w którym nie ma już pewnego systemu intencjonalnego. (...) Ból i zamęt myślowy, którego doznajemy po stracie bliskiej osoby, jest w znacznej mierze wywołany częstym, wręcz obsesyjnym uświadamianiem sobie, że nasze nawyki postawy intencjonalnej prześladują nas z mechanicznym uporem automatu. Nie jesteśmy w stanie po prostu usunąć tego pliku z rejestrów naszej pamięci, a co więcej, wcale nie chcielibyśmy móc to uczynić. Wiele z takich nawyków utrzymuje się dzięki temu, że uleganie im sprawia nam przyjemność. Rozpamiętujemy je i coś nas do nich ciągnie, niczym ćmę do świecy. (...)
Istnieje jednak problem zwłok: są one potencjalnym źródłem chorób, co sprawiło, że rozwinął się w nas kompensacyjny mechanizm wrodzonej, mocnej odrazy, która trzyma nas z dala od zwłok. Przyciągani przez tęsknotę i odpychani przez odrazę do zwłok ukochanej osoby, popadamy w stan głębokiego niepokoju. Jest rzeczą niemal pewną, że kryzys ten odegrał istotną rolę w pojawianiu się na świecie religii. (s. 146-147)
Tak oto, według Dennetta, w wyniku presji ewolucyjnej bardzo dawny człowiek położył podwaliny pod dużo późniejsze systemy religijne. Te ostatnie - rozumiane jako pełnokrwiste instytucje społeczne - mają rodowód memetyczny, jednakowoż ich pojawienie się nie byłoby możliwe gdyby nie konkretne interesy dostosowawcze. Zanim jednak pierwszy pra-urzędnik religijny- cieszący się mandatem wspólnoty pośrednik między tym a Tamtym światem - skupił się na kodyfikacji ram reprezentowanej przez siebie instytucji, wiele się wydarzyło. Dysponując już ideą zaświatów, człowiek zaczął coraz wydajniej nią gospodarować. Cel oczywisty: możliwie pełna realizacja szeroko pojętego interesu poznawczego. Tak Dennett tłumaczy wróżbiarstwo (które poza funkcją kognitywną daje się też wyjaśnić pragmatycznie: jeśli nie dysponujesz możliwością dokonania racjonalnej decyzji w określonych okolicznościach, a na jakiś wybór jesteś skazany, po prostu zwal odpowiedzialność za ów wybór na kogoś innego, najlepiej na kogoś kto z założenia wie więcej i lepiej, najlepiej niech wie wszystko!), tak wreszcie wyjaśnia ewolucyjny sens mitu:
Do klejnotów mądrości ludowej całego świata należy myśl, że niewielka wiedza bywa niebezpieczna. Rzadko zauważanym wnioskiem, który można wyprowadzić z tej myśli, jest sąd, że czasem bezpieczniej jest zastąpić niepełną wiedzę jakimś mocnym mitem. (s. 198)
Wniosek ów broniony jest w "Odczarowaniu" nośną cytatą z książki Ritual and Religion in the Making of Humanity Roya Rappaporta:
(...) w świecie, gdzie procesy rządzące jego fizycznymi elementami są w pewnym stopniu nieznane, a w jeszcze większym stopniu nieprzewidywalne, wiedza empiryczna o tych procesach nie może zastąpić wiary w ich mniej lub bardziej tajemną integralność; i być może większą wartość przystosowawczą ma zasłanianie tych procesów welonem nadprzyrodzoności niż narażanie ich na złe rozumienie, które płynęłoby z empirycznie trafnej, lecz niepełnej interpretacji naturalistycznej. (s. 198)
Pogrzeb, wróżby, mity - to wszystko elementy czegoś, co Dennett nazywa "religią ludową" i odróżnia od "religii zorganizowanej". Ta pierwsza jest po prostu w znacznej mierze konstruktem nieświadomym ("samo się zrobiło" w oparciu o żelazne i niezbywalne prawa doboru naturalnego). Religia zorganizowana to coś, z czym mamy do czynienia dzisiaj, a więc produkt gęstej rozkminy nad zwiększeniem efektywności działania na granicy dwóch światów.

Gdyby też całe "Odczarowanie" chciało snuć się po takich i tym podobnych torach budowania wyjaśniających (gorzej lub lepiej) hipotez, byłoby przepysznie. Ale, jak się rzekło, lwia część pracy to powielanie tropów znanych choćby z "Boga urojonego" w wersjach soft. I tak czytamy m.in. na temat różnicy między wiarą religijną a wiarą naukową; o zapalniku konfliktów, jaki znajduje się we władaniu współczesnych religii i o niebezpieczeńśtwie tej dyspozycji; o odpowiedzialności systemów światopoglądowych za własne ekstrema; o paradoksie reklamowania wiary religijnej poprzez atletyczne powoływanie się na jej irracjonalność (co w ustach racjonalnych skądinąd osób ma mieć moc dowodu na istnienie zaświatów - punktowałem coś podobnego u profesora Baumana w poczynionym poniżej paszkwilu na "Europę"); o tym, że nic i nikt nie zasługuje na szacunek tylko z tego tytułu, że jest wiekowy czy tradycyjny; o braku wolności dzieci od wszechobecnej indoktrynacji religijnej, czy o potrzebie dokonywania wyborów w oparciu o rzeczywistą, możliwie pełną wiedzę na temat, itd., itp., wiadomo o co cho. Wszystko to, powtórzę raz jeszcze, podane jest bardzo elegancko i być może ma siłę przekonywania oponentów. Moje "ale" dotyczy jedynie tego, że spodziewałem się opowieści na nieco inny temat (i znowu patrz: podtytuł).

Na koniec protest zwolennika pro-zwierzęcej filozofii i etyki co do pewnego szczegółu omawianej narracji. Mam wrażenie, że Dennett jest cokolwiek uprzedzony do środowiska spod znaku
Animal Liberation. Pisząc na temat "złudzenia fanatyka", które określa mianem "licencji na zabijanie", zauważa co następuje:
(...) niektórzy ludzie są po prostu żądni krwi, czy też silnych emocji, i w miarę jak nasze obyczaje stają się coraz bardziej cywilizowane i unikające przemocy, w ludziach tych rośnie chęć znalezienia sprawy, która dostarczy "moralnego" usprawiedliwienia dla ich zawadiactwa; może to być "wyzwolenie" zwierząt laboratoryjnych (w których późniejsze losy aktywiści już niezbyt się angażują), pomszczenie Ruby Ridge za pomocą bomb w Oklahoma City, zabijanie lekarzy, którzy wykonują aborcje, wysyłanie wąglika w listach do "złych" urzędników federalnych, mordowanie niewinnych osób pod przykrywką fatwy, męczeńska śmierć w dżihadzie lub "osadnictwo" (ludzi uzbrojonych po zęby) na Zachodnim Brzegu. (s. 329)
Wyżej wymieniony zbiór postaw ludzi wobec innych ludzi/nieludzkich zwierząt wygląda tak, jakby służyć miał umysłowej rozrywce typu "który element nie pasuje do ciągu?" W miarę jak nasze obyczaje stają się coraz bardziej cywilizowane i unikające przemocy pewna sfera ludzkiego życia nie podlega procesowi cywilizowania i przemoc nie jest w niej redukowana. Mowa, rzecz jasna, o wielkiej gałęzi globalnej gospodarki, która czerpie zyski z produkcji mięsa i nabiału i innych produktów odzwierzęcych. Dennettowi poleciłbym film "Behind the Mask", przedstawiający ludzi, względem których administracje rządowe zwykły wypowiadać się per "ekoterroryści" (a i Dennett na stronie 381. "Odczarowania" nie powstrzymuje się od przyklejenia im tej krzywdzącej łaty). Albo też lekturę książki "Wolność dla zwierząt" Ingrid Newkirk, opowiadającej o genezie powstania i zasadach działania Animal Liberation Front. Zestawianie działalności ludzi, którzy na mocy zasady obywatelskiego nieposłuszeństwa - bez powodowania czyjejkolwiek śmierci czy szkody fizycznej! - sabotują światopoglądowy i ekonomiczny porządek naszej "coraz bardziej cywilizowanej" współczesności z aktywnością person zbrojnie wymieniających cudze życia na własne idee, jest nieuczciwe. Zwłaszcza w ustach kogoś, kto z zawodu zajmuje się krzewieniem racjonalnego oglądu wszechrzeczy.

Po tej samej linii dowaliłbym się jeszcze do prezentowanego na stronie 209. poglądu, jakoby zwierzęta gospodarskie zyskiwały więcej niż traciły na udomowieniu (zwłaszcza mając w pamięci współczesne losy wysoko wydajnych krowich, świńskich, kurzych i innych "maszyn" do wytwarzania tkanek mięsnych, białkowych i innych produktów masowego spożycia), ale z pewnością jeszcze nie raz znajdę okazję do podobnych rozważań w przyszłości. Tymczasem nie ma sensu robić z narracyjnych drobiazgów sprawy na pół występu. Raz jeszcze (któren to już?) odnotowując sporą wartość poznawczą całości, kończę niczego sobie świątecznym napisaniem: Gdy ludzie zaczynają myśleć krytycznie, system, który "działał" przez całe pokolenia, może implodować z dnia na dzień. (s. 194)

Amen.

PS. Niniejszym linkuję wywiad z Dennettem na wraży temat z "Racjonalisty"

2 komentarze:

wierzy i myśli pisze...

Książki jeszcze nie czytałem, wypowiadam się na temat posta i wywiadu.

1. Nie podoba mi się zawłaszczanie pojęcia "racjonalności" przez ateistów. Nie podoba mi się, że ktoś chce mi mówić czy jestem racjonalny czy nie. Tak czy owak arbitralnie przyjmując pewne rzeczy „z góry” – tylko, że inne niż religia. Nauka jest też ograniczona, że tak pojadę biblijnie - nasze poznanie jest częściowe. Zrobimy badania, okaże się to i owo – a inne rzeczy pozostaną nie odkryte. I co zrobimy z tymi nieodkrytymi? Przyjmiemy je na wiarę? Pewnie tak. Koło się zamyka.
2. Co zrobimy z wynikami tych badań? Co oznacza stwierdzenie:
„To jest potężna siła, którą bardzo trudno kontrolować. Trudno mi również powiedzieć, czy zdołamy osiągnąć zdolność takiej kontroli bez prowokowania nadmiernego ryzyka.”??
Czy celem jest kontrola religii, wiary religijnej metodami politycznymi?
Co oznacza stwierdzenie:
„Jeśli będzie więcej badań wykazujących brak związku (między modlitwą a wyzdrowieniem — A.K.) wówczas, jak sądzę, religię spotka to samo co spotyka przedsiębiorstwa farmaceutyczne. Nie wolno twierdzić, że modlitwy działają cuda — jest to nieuczciwa reklama.”
Czyli kolejny krok – zakazać mówienia o modlitwie, wierze w uzdrowienie, zakazać takiej modlitwy?? Towarzysze – to już było…

Jak dla mnie na razie wygląda to dość nieciekawie. Dużo w tym propagandy.

3. Co ze spuścizną filozoficzną, w której pojęcie Boga, bytu największego czy jak zwał tak zwał jakoś występuje od tysięcy lat?

Jestem za takimi badaniami, musimy poszerzać pole naszego zrozumienia, dowiedzieć się jak najwięcej o człowieku i świecie (wszech-). Zrozumienie mechanizmów powstawania religii nie powie nam jednak nic o przedmiocie wiary religijnej (Bogu). Jeśli jednak celem tych badań – mniej lub bardziej utajonym, jest eliminacja lub kontrola religii to mi się to nie podoba (cel nie badania). Jestem za kontrolą organizacji religijnych, eliminacją wszystkiego co przyczynia się do budzenia nienawiści, ksenofobii, nietolerancji itd. Jestem przeciwko kontroli umysłu, emocji, sumienia (?), wchodzenia z naukowymi i politycznymi butami tam gdzie nie ich miejsce.

Dla wyjaśnienia – wierzę w Boga, nie jestem filozofem z wykształcenia, moja wypowiedź zapewne zawiera wiele niekonsekwencji z punktu widzenia struktury, ale mam nadzieję że jeszcze można się wypowiadać w taki sposób :-)

rebus pisze...

Dzięki za szeroki komentarz, choć dotyczy chyba bardziej wywiadu z Dennettem niż mojego blogowpisa.

ad 1. Co do racjonalności podstaw wiary religijnej to nie ma chyba między ateistami a wiernymi większej różnicy zdań, sprowadza się ona do pewnej zabawy słownej. Ci pierwsi mówią o nieracjonalności wyboru za Bogiem, ci drudzy o nadracjonalności. Wg mnie wychodzi na to samo.
Nie zgadzam się natomiast na zrównywanie wyboru "za Bogiem" z wyborem "za nauką" (zwłaszcza że nie są to wybory przeciwstawne, a większość bogowierców tak czy inaczej uwikłana jest także w wybór "wiary w naukę", który ujawnia się np przez korzystanie z technologii). Prawda, nauka nie wyjaśnia "wszystkiego", ale przecież nigdy żaden naukowiec nie zgłaszał podobnej omnipotencji poznania naukowego. To, swoją drogą, dość słaba strategia konfrontacji wiary religijnej z ateizmem: na zarzut, że religia nie spełnia składanych przez siebie poznawczych obietnic odpowiadać, że nauka nie jest wszechmocna. Co do tego nie ma przecież między nami - stronami sporu - sporu. Podobnie irytujące jest formułowanie zarzutu z faktu, że "naukowcy, a nawet ateiści, też w coś wierzą". Wierzą, i nie wypierają się swojej skłonności do wiary. I ta ich (nasza) wiara (wiary) nie mają nic do rzeczy w sporze o wiarę religijną, czy o wiarę w Boga (nie zawsze jedno i drugie to to samo).

ad 2. Celem badań nad podstawami wiary religijnej jest zdobycie rzetelnej i pewnej wiedzy na ten temat. "Szukajcie prawdy, a prawda was wyzwoli" ;-) Nikt nie zagwarantuje, że zdobyta dzięki naukowemu wglądowi wiedza, nie będzie wykorzystywana politycznie, ale nie jest to wystarczająca przesłanka ku temu, by badań takich zaniechać. Jak pisze Dennett, status religii we współczesnym świecie jest potężny a jej moc polityczna zwiększa się. Choćby z tego względu należy podjąć chłodny namysł nad tym zagadnieniem, żeby móc przewidywać przyszłe ewentualne wypadki.

ad 3. Pełna zgoda. Zgodziłby się z tym pewnie także Dennett.

Dzięki za lekturę i uwagi, pozdrawiam!