piątek, 19 grudnia 2008

Piosenki o kontroli, nie teoria spiskowa.

Słowo się rzekło, choć się jeszcze nie wydało, że się rzekło, bo się jeszcze nie wydało. Wyda się - jak zapewnia Towarzysz Hubertini - lutym nadchodzącego roku zero dziewiątego. Trzymam za słowo, co się rzekło i zrymło i bitem i skreczem i lupem okryło.

Oto występ na temat płyty zespołu (składu? ansamblu? projektu? Joł! Nie jest łatwo zoriencić się we współczesnej postrokowej i nadal ultrarozrywkowej nomenklaturze młodzieży) Polaroid Android.

Tytuł wydawnictwa: Definicje. Bez kitu: nadciąga najważniejsze od lat w Polsce wydarzenie ze świata leżącego na styku kultury i polityki. Radykalnej kultury i radykalnej polityki.

Polaroid Android to twór hip-hopowy albo quasi-hip-hopowy, nie ma co do tego zgodności. Materiał został poddany przeze mnie badaniu fokusowemu. Znajome ziomy reagowały rozmaicie, od entuzjazmu po lekceważenie. Entuzjazm korelował z zaangażowaniem w odbiór serwowanych słownie opowieści, lekceważenie brało zwykle za podstawę estetycznego focha co do tak zwanego floł. Osobiście hip-hop robi mi, lubię, słucham, szanuję. Miałem wrażenie że się cokolwiek orientuję w tej estetyce, ale być może jest tak, że wcale że nie. Być może - całkiem być może - nie mam ucha i wcale nie wiem co to floł. W każdym razie jeśli rzeczywiście jest tak, że w rymowaniu Huberta nie ma floł, to zupełnie mi to nie przeszkadza. I jest tak pewnie dlatego że: (1) znam, lubię i szanuję rymowicza oraz także sympatyzuję z nim, a także (lub "lub") dlatego że (2) ponad formę przedkładam treść z ewidentnym uszczerbkiem dla osobistych umiejętności odczuwania estetycznych doznań (co jest zupełnie możebne i w tym wypadku, skoro, wiem o tym, mam percepcyjne kłopoty z kolorami oraz ze smakami w sensie kulinarnym).

Ale nie o moim upośledzeniu miał być to występ, a o piosenkach o kontroli.

Zanim jednakowoż dorwę się do treści treści, jeszcze słowo na temat treści formy.
Nie wiadomo zatem, czy Polaroid Android to hip-hop i czy Hubert ma floł. Wiadomo za to - za prawdziwość tej wiedzy daję się chlastać - że jeśli, tak jak ja, lubisz syf w muzyce, brud, hałas, to powinieneś docenić wysiłek twórców. Cała kupa dźwięków niepotrzebnych, nieefektywnych z perspektywy ekonomii producenctwa muzyki masowej, powypieranych poza margines popkulturowej normy mieści się w tym albumie. Są to nuty głęboko osadzone w tradycji punkrockowej, nojsowej i industrailnej rebelii (dęte nuty z traka pt "Mężowie" przywołują
wspomnienie zupełnie genialnych historii z płyty "Joggers and Smoggers" The Ex), są też jednak takie, które drażnią. Drażnią zresztą - bo pytałem Huberta - celowo. Skrecze naiwne, bezgłębne, zbyt wysoko pozgrywane rozpoczynają pierwszy numer pod tytułem "Kocham Wielkiego Brata". Pierwszy przekaz spod progu świadomej rozkminy: weź się zastanów, się wycofaj, nie sprawdzaj tego gówna. Jest zjebane, dyletanckie. Nooby je nasrały. Nawet nie wiedzą jak się robi bitboks. Nawet nie wiedzą jak uruchomić skreczarkę. Chuja się znają.

Następnie następuje przewrót, przekierowanie na stronę liryczną. Strona liryczna otwiera dostęp. Strona liryczna tego albumu jest najsampierwsza względem pozostałych stron. Poza tym jednak, że jest taka, jak wyżej, odgrywa też rolę otwieracza do testowania dalszych dźwięków, następujących kolejno po dźwiękach, które - jak wyżej wspomniano - odstręczają. I tutaj niespodzianka: od 36 sekundy "Wielkiego Brata" (właśnie od tego momentu w dziejach płyty, w którym strona liryczna zapewnia że to "piosenka o kontroli, nie teoria spiskowa") wbija ciężki bit, skrecze już nie parzą. Jest dobrze, brudno i oldskulowo.

Potem jest różnie. Dużo okołohiphopowego eksperymentowania. To się może podobać lub nie. Mi się podoba dość, choć wolę jak jest konkretnie staromodnie. Ale twórczej ekspresji nie potępiam a nawet doceniam. I na tym zakończam pierwszą część występu poświęconą muzyce zespołu Polaroid Adroid.

Przechodzę następnie do treści treści. Tutaj jest bosko, tu się czuję spełniony niemal skończenie (z drobnymi odstępstwami od skończoności, o których napiszę poniżej albo nie, jeszcze nie wiem).

1. Kocham Wielkiego Brata

kolejny tajniak on sprawę wywęszy
by złamać spętać me wkurwienie on będzie pierwszy
z nosem przy ziemi w służbowym samochodzie
filmuje aresztuje tych co stoją na drodze
ten pociąg jedzie dalej a może nie przejedzie
mnie coś w tym świecie uwiera i gniecie
odruch sumienia bez zapatrzenia
walczę o siebie o swoje miejsce do istnienia
Tak się zaczyna ta płyta. Nie ma za wiele miejsca na łapanie powietrza, kto chce skorzystać musi się przygotować na hardkorową serię gęsto upakowanych zwrotek (jak działają mechanizmy mało kto jest ciekawy, taką prawdę trudno się przełyka jeszcze trudniej trawi). Niestety, każda jest na temat. Niestety, nie ma luźniejszych wersów. To nie Eldo, nie Pezet, nie Łona nawet, to jest manifestacja ostrego wkurwienia, które dobrało się do swoich własnych podstaw, wydobyło je zza światów nieuświadomienia. Niestety, poziom strony lirycznej ma wartość krytyczną, krytyczno-polityczną i krytyczno-społeczną. W mieście Wrocławiu, na ulicy Jagiellończyka, od strony podwórza wchodzimy na tajne kumplety z myślenia rozsadniczego, które za cel obiera sobie zastany porządek, urządzony zgrzebnie zupełnie nie po myśli tych, którzy nic nie mają oraz mają coraz mniej.
Kiedy forpoczta wciąż jeszcze nieruchomej armii pojawia się ponownie na tym polu walki - zmienionym, ale wciąż tym samym - idzie za głosem nowego "generała Ludda", który zagrzewa teraz do zniszczenia maszyn dozwolonej konsumpcji (115, 93).

Nowy generał i nowa zagrzewka, o to tu chodzi! Że znowu pachnie niewypałem? Całkiem możliwe. Czy jednak samo to wystarcza by ostatecznie wybrać stronę rozumu cynicznego? Zaprawdę powiadam Wam, lepiej hasać między naiwnymi, którzy się samych (fizycznie i mentalnie) oraz bryłę ruszają, niźli osiąść między z dawien dawna osiadłymi na mądrych dupach głowami, które po prostu wiedzą.

Forpoczta z powyższa nie jest Huberta, a Deborda. Kto zna jednego i drugiego z miejsca sobie ich poustawia obok siebie. Skojarzenie nasuwa się samo, kiedy się słyszy z głośnika:
na śniadanie obiad spektakl na kolację
kupuję wizję życia jakiego nigdy nie dostanę
kupuję bo tylko o kupowaniu tutaj mowa
świat handlarzy policjantów dyktatura rynkowa
żyję życiem nie swoim a projekcją instytucji
to ukryta dyktatura tu nie będzie rewolucji
zapatrzony zmęczony pod okiem kamery
na kolanach błogosławię supermarkety
te wielkie świątynie niedzielnej podniety
Niechybnie, staliśmy się - jak dawno temu? - aktorami niekoniecznie chcianego spektaklu. Aktorami i widzami w jednym. ("Dwa w jednym" - formuła nie do przecenienia z marketingowego punktu widzenia!) Nie wszyscy zabiegali o angaż / bilety, ale wszyscy się załapali. A raczej: złapali. Zostali złapani. System jest wewnętrznie domknięty, wyjść z niego, stanąć obok i podjąć próbę kontestacji - to zakrawa na trik nie do wykonania. Kapitalizm zasysa bunt, patroszy z treści i wystawia wydmuszkę na sprzedaż. Zupełnie jak w dowcipie o żydowskim sprzedawcy antysemickich gazet: skoro z każdego sprzedanego egzemplarza do kieszeni trafia mu procent, to koniec końców nie jest to już takie antysemickie. Rozwój ekonomiczny uwalnia społeczeństwo od naturalnego przymusu bezpośredniej walki o przetrwanie, lecz społeczeństwo nie może się uwolnić od swojego wyzwoliciela. (40, 47) Na tym polega szkopuł z neoliberalną postacią rzeczy tego świata: nie ma alternatyw dla dominującej doktryny. Reżim trzyma się nieźle a podtrzymuje go w pierwszym rzędzie powszechne przeświadczenie o naturalności mechanizmu stanowiącego ustrój społeczny. Pozostaje odfajkowywać z góry przypisaną (przez kogo?) rolę w tej historii po końcu historii:
żyję życiem nie swoim na tym polega kontrola
jak najdalej od tych pytań marchewka taka słodka
i nawet jeśli w świecie coś uwiera i gniecie
wielki brat dziękuje za rozmowę

2. Wygrać bitwę

Trik, za pomocą którego daje się wymknąć poza pozorowaną kontestację w stronę kontestacji realnej udać się nie może niemal na pewno. Margines błędu tej smutnej, kredytowanej cynicznym rozumem pewności, opiera się o wiarę. Wiarę w to, że wciąż jeszcze możemy stać się ludem - suwerenem. Burżuazja mogła zagarnąć władzę jako klasa rozwoju gospodarczego. Proletariat, aby zdobyć władzę, musi stać się klasą świadomości. (88, 71)
świat jest sprzedany i parszywy
centymetr po centymetrze
zagarniana przestrzeń
a ja wierzę w ciebie
w siebie wierzę w tej wojnie
o przestrzeń w której człowiek
jest człowiekiem jeszcze
Nie wszystko stracone póki wierzysz we mnie, ja w Ciebie. Pełznie ta zaraza niereligijnej wiary po całej jewropie jak widmo jakie. I choć w Poznaniu na Szczycie Klimatycznym odnotowaliśmy zatrważający spadek bezpośrednio-demokratycznych nastrojów (i mnie tam nie było też), to wciąż na świecie wydarza się i wyodrębnia historia prawdziwa, zupełnie nie post-. Ona się dzieje i krzepnie. Być może nie jest możliwa radykalna zmiana systemu, być może chodzi tylko o ważącą
społecznie korektę, ale kogo to obchodzi w chwili, kiedy możemy się policzyć i powąchać? (We are everywhere jak głosi tytulatura the first book, to truly capture and embody the exuberant creativity and radical intellect of the protest movements opposing neoliberalism around the world). W wojnie o człowieka przeciw wypłukującemu treść międzyludzkich relacji systemowi warto być opornym. Muzyka może być zajebistym opornikiem. Wiedziały to chłopaki z Seein' Red, wiedzą to i haj hopowcy z Polaroid Android:
mikrofon to też broń w wojnie o naszą przestrzeń
wszystko co żywe zostało w nas jeszcze
to nie jest lekkie łatwe i przyjemne
jak słowa które opadają z nieba na wietrze
spadają bomby ludzie są na linii
nie jesteśmy zależni od publicznej opinii
gdy życie bywa ciężkie jak siaty twojej starej
w supermarkecie wypełnione towarem
świat zdefraudowany jakby świat był towarem
towar to gówno pod wielkim sztandarem*
Tutaj też gada Polaroid Android Debordem, wiednie czy bezwiednie: Spektakl to etap całkowitego podporządkowania towarom całości życia społecznego. Nie dość, że utowarowienie stało się widoczne, to nie widać już nic poza nim; świat widzialny jest światem towaru. Dyktatorska władza nowoczesnej produkcji gospodarczej rozszerza się i umacnia. (42, s. 48) Spektakl to nieustanna wojna opiumowa o zrównanie dóbr z towarami, a zaspokojenia potrzeb z przetrwaniem, które rozszerza swój zakres na mocy własnych praw. Przetrwanie - jako przedmiot konsumpcji - musi zaś stale się rozszerzać, albowiem w dalszym ciągu wiąże się z niedostatkiem. Nie istnieją żadne zaświaty rozszerzonego przetrwania, żaden punkt, w którym mogłoby ono zakończyć swój rozwój: potrafi wprawdzie wzbogacać
nędzę, nie potrafi jej jednak przezwyciężyć. (44, 49) I stąd ta kurwica w przedświątecznym żantach, teskach i kerfurach. Konsument uprawia metafizykę praktyczną: im więcej zasysa, tym bardziej pragnie, pomnażając własną nędzę. Pułapka bez wyjścia niemalże, bo system, jak wyżej postawiłem, jest niemalże domknięty i buja się mocą ślepego instynkyu samonapędzającego, a jego moc obliczeniowa dawno już przerosła mózgi najtęższych teoretyków najlepszego z reżimów
gospodarczych. Każdy fanatyk ewolucjonizmu wie, że "dobór wie lepiej". Czy nie to samo przydarza nam się na - naturalnie naturalnym! - gruncie neoliberalnej hegemonii? Błoga akceptacja tego, co istnieje, może przybrać postać czysto spektakularnego buntu: samo niezaspokojenie stało się bowiem towarem, odkąd ekonomiczna obfitość, rozwijając swoją produkcję, nauczyła się obrabiać tego rodzaju surowiec (59, 55).

4. Wolność słowa

Tutaj Hubert uprawia z kolei rozkminę po linii Chantal Mouffe. Czytał? Nie wiem, nieistotne. Publiczne dożynanie śmiechem lub izolowaniem heretyków ideologicznych, odstępców od neoliberalnego prawa naturalnego, działa bez względu na świadomość działania tego mechanizmu. A dzieje się to tak:
wolność słowa demokracja
wolność słowa demokracja
wolność słowa demokracja
ja wpisuję się w konwencję
dla każdego jeden gliniarz i już jest bezpieczniej
mam swój transparent i czuję się świetnie
mam nawet komu sprzedać swoje brenie
mogę maszerować wokół ratusza
dopóki nie łamię prawa wszyscy mają ubaw
mogę mówić co chcę dopóki nikt mnie nie chce słuchać
Deprecjonowanie powagi herezji to najpierwszy i zwykle najefektywniejszy sposób eliminowania jej społecznego, politycznego czy ideologicznego znaczenia. Odmawianie racjom wagi nie dlatego, że są po prostu irracjonalne, ale dlatego, że nie przestrzegają Pierwszej Reguły Udziału w Dyskursie Powszechnym: nie rób nic wbrew Naturalnemu Dobru Absolutnemu. W najlepszym wypadku traciłbyś czas, w najgorszym mógłbyś sobie zrobić krzywdę. Ahistoryczne Dobro jest cierpliwe. (Do czasu.)

5. Mężowie

Rymuje Wiśnia. Historia na temat wyzysku płciowego i codziennej przemocy patriarchatu. Opowiedziana bardzo mocno i bardzo dosadnie.
puder a co kryjesz pod spodem ślady
zostawił twój mąż mimochodem gdzieś pod spodem po środku
między pracą przy kolacji o pełnym żołądku
przy absolutnej akceptacji społecznej
postawie bezpiecznej
przyzwolenie daje sąsiad uczciwy i prawy
w każdym zarzyganym bloku od wrocławia do warszawy
w polsce gdzie wódka bogiem wiara w boga nałogiem
a niedzielny rosół na wąsach miast duchowej strawy
on mówi że tak został wychowany
może jest po prostu głupi a nie wyrachowany
tobie też mówiła twoja mama
byś kwadrat przyjemności dobrze wypełniała
kuchnia dzieci łóżko kościół
bo każda dziewczynka musi być dobrze wychowana
ty kochanie bądź jak ryba wyrzucona na plażę
umieraj bezgłośnie i rób co ci każe
mąż twój ci on jest zaślubiony
podaj talerz umyj talerz gdy on leży zmęczony
i co z tego że pije bije kiepsko się żyje
nie trać czasu na świadomość że może cię szybciej zabije
to życie ta społeczna rola żony
takich żon jest wiele a świat zarobaczony
To jest ważna opowieść także z tego względu, że nazbyt często mam szemraną przyjemność przebywać w towarzystwie modernych dam i ich mężczyzn (lub też na odwrót), perorujących na temat feministycznej histerii. Ich mężowie ich nie biją, oni im gotują, jest równość. Skąd zatem te skrzekliwe baby w mediach? Te niedoruchane rewolucjonistki? Tak to się elegancko alienuje wschodząca jutrznia rdzennie polskiej klasy średniej od bied powszednich na zawsze miejscowej klasy pracującej.

(Ciekawe rzeczy dzieją się dodatkowo w tle, w nutach. Zdecydowanie najjaśniejszy punkt eksperymentalnej odsłony Polaroid Android.)

7. wojna z miastem

Sygnał do wymarszu, zamiany teorii na praktykę. Odwojować miasta, niech na powrót staną się nasze. Nazywają nas obywatelami, zbytnia kurtuazja. Rola obywatela to rola celebrysty przy wyborczej urnie. W międzyczasie mamy spełniać się poprzez konsumowanie i nie pytać o nieistotne kwestie, w tym między innymi: dlaczego zmniejsza się z roku na rok przestrzeń wartościowa społecznie? Od kogo pomysł grodzenia, odgradzania, wyłączania z użyteczności publicznej kolejnych kwartałów przestrzeni? Kto oddał przestrzeń miast we władanie rynkowej propagandy? Gdzie są jeszcze miejsca wolne od reklam? Kto korzysta z domów ze szkła i stali, które wreszcie, po tylu latach utopijnych marzeń, jednak wyrastają w sercach miast? Czyje są miasta? Komu służą? Kto ponosi odpowiedzialność za ich kształt i treść? Nie bardzo wiadomo, do kogo pytania te w ogóle kierować, dlatego
idziemy na wojnę wojnę z tym miastem
wywrócić wszystko na lewą stronę

8. Definicje

Następuje puenta. Wszystko wcześniej było wołaniem o przedefiniowywanie, o otwieranie umysłów i próbę ustawiania klocków w nowe konfiguracje, w radosnym akcie twórczym, w
perspektywy fundujące zupełnie nowy ogląd wszystkiego co istotne. Inny świat jest możliwy. Ten trak to jeszcze jedno, tym razem zupełnie wprost wyrażone wołanie o podjęcie (niestety, w zastanych warunach dość heroicznej jednak, kurwa) próby samodzielnego, świadomego zrekonstruowania tożsamości w oparciu o kontekst społeczny oraz, a jakże, na odwrót, kontekstu w oparciu o tożsamość.
Cieszę się, że pierwsza płyta Polaroid Android nazywa się tak, jak się nazywa i że ostatni utwór jest utworem ostatnim. Można oczywiście słuchać tego w tak zwane kółko. Ale na wypadek, gdyby ktoś - UWAŻNIE! - zamiarował dokonać odsłuchu jednorazowo, to tylko z tak wyartykułowanym "do widzenia!" Przy okazji to kolejny mocny song w sprawie kontrolnej funkcji biznesu rozrywkowego, tego nigdy dość przypominać młodzieży:
akt tworzenia to tylko produkcja
promocją i sprzedażą zajmie się instytucja
ze swoimi oddziałami na całym świecie
szukajcie a znajdziecie szukajcie a znajdziecie
na pewno świetnie wywiążą się z zadania
powalą konsumentów na kolana
podbiją twoje serce armią menadżerów
speców od marketingu i zarządzania
szkoły skutecznie uczą orientacji
w mapach neoliberalnej demokracji
nowa tożsamość historia i etyka
sektor rozrywki modna muzyka
to jest jak panaceum na twoje frustracje
to usypia twój gniew hamuje interakcje
i skutecznie zagłusza świadomość niespełnienia
zobacz sam jak niewiele ci potrzeba
by być szczęśliwym
zresztą co to dzisiaj znaczy
oni potrafią to dokładnie wytłumaczyć

chyba ktoś za ciebie tworzy definicje
wolność szczęście praca miłość życie
czy to ty nadajesz tym słowom znaczenie
zapytaj siebie, zapytaj siebie
czy masz kontrolę nad swoim życiem
materialne istnienie duchowe nieistnienie
czy to ty czy nie ty czy to ty czy nie ty
___________________________
*) Hubert na temat tej zwrotki per GG: "to jest fristajl Roszji / z Roszja i Lu / na plycie udzielaja sie tez grupy KZK i Noisegarden / pierwsze dwa wersy sa moje / i on je rozwinal"

$ $ $


Na płycie są dwie historie więcej niż wynika z powyższego. Jedna ma zamiast prostego tekstu z rymem prawdziwy wiersz. Ten wiersz jest o Wrocławiu.
Druga to zapis publicznego odczytania fragmentu tekstu Johna Cage'a Przeludnienie i sztuka.

Obie historie więcej są istotne i zupełnie na miejscu, natomiast ja nie czuję się na miejscu by pisać zwłaszcza o pierwszej z nich. O drugiej może kiedyś mi się zdarzy napisać, kiedy sam przeczytam całość i uznam że chciałbym coś napisać. Wątpię by tak się stało (bo lektur do zrobienia mam i bez tej ewentualności tyle, że pewnie życia zbraknie), ale kto to może wiedzieć na pewno.

Płyta PA, jakem pisał, ma się ukazać w 02.09 nakładem połączonych sił Anteny Krzyku i QulturRapu. W dniu premiery [która się z deka odwleka i ma ukazać się w bieżącym miesiącu, czekam - ed. z 1 marca] materiał dostępny będzie także w serwisie Open Music. Za nic.
Polaroid Android można posłuchać na Last.fm oraz (w gorszej jakości dźwięku) na mySpace.
Inna recka płyty do przeczytania na blogu DEWAST.
Cytowania Społeczeństwa spektaklu Guya Deborda w tłumaczeniu Mateusza Kwaterki za niniejszym linkowanym wydaniem. Pierwsza liczba w nawiasie po każdym cytacie to numer fragmentu, druga - numer strony.
Cytat w obcym języku pochodzi ze wstępu Naomi Klein do książki We Are Everywhere.
Adres do wzmiankowanego Cage'a:
John Cage, Przeludnienie i sztuka, przeł. Andrzej Sosnowski, Literatura na Świecie nr 01-02/1996 (294-295), s. 179-203.

Brak komentarzy: