sobota, 10 stycznia 2009

Biedny chrześcijanin patrzy na cierpienie zwierząt


Dawno, dawno temu, w zaprzeszłym stuleciu i systemie, w roku 1980 ukazał się 18 numer "Etyki" w całości poświęcony stosunkom ludzko-zwierzęcym (wśród autorów m.in. Peter Singer, Tom Regan, Ija Lazari-Pawłowska, Jacek Hołówka). Według mej wiedzy od tamtego czasu aż do zupełnego niedawna żaden tytuł piśmienniczy nie poświęcił wrażej kwestii tyle miejsca na swoich łamach. 2008 rok przyniósł za to aż dwa solidne bloki tekstów dotyczących relacji ludzko-zwierzęcych w dwóch różnych (nominalnie, światopoglądowo i politycznie) tytułach. Idzie o czerwcowy "Znak" ("O cierpieniu zwierząt", nr 637) oraz 15 numer "Krytki Politycznej" ("Nie-ludzka polityka"). Dziś występ o pierwszym bloku, na dniach o drugim.

Zwierzęcy "Znak" rozpoczyna historyczny tekst Janusza Tazbira pt. "Ludzie przeciwko zwierzętom", dotyczący sposobu traktowania zwierząt w człowieczej historii oraz jego teoretycznych i światopoglądowych podstaw. Profesor, mimo że w "Znaku", nie owija w bawełnę, punktując wpływ judaistycznej i chrześcijańskiej dogmatyki na usprawiedliwianie okrucieństwa wobec "braci mniejszych". W całej Biblii - pisze - z wielkim trudem dałoby się odszukać miejsca, w których zabrania ona, choćby w pośredni sposób, dręczenia zwierząt. Do tego chrześcijaństwo, przyznając ludziom duszę (i związany z nią byt pośmiertny), pogłębiło tylko przepaść pomiędzy nimi a zwierzętami. (s. 18) Niby to żadne nowiny dla kogoś choćby pobieżnie zainteresowanego tematem, a jednak wrażenie robi wielkie fakt opublikowania podobnych treści na kartach katolickiego periodyku. Pewnie, że "Znak" to jednak "Znak" i że na łamach "Niedzieli" czy "Frondy" tego typu liberalnych wynaturzeń nigdy się nie doczekam (to by był dopiero postmodernizm!). Jednakowoż mam wrażenie, że postęp postępuje; że przedefiniowanie relacji ludzko-zwierzęcych to kwestia, która czeka tuż za winklem na dopust w ramy Jaśnie Nam Panującego Dyskursu Publicznego - ramy znacznie szersze niż te pofundowane przez najbardziej nawet rozspekulowane lewackie fink-tanki. (Inna podstawa tej odważnej nadziei: książeczka "Spór o prawa zwierząt" autorstwa Tomasza Pietrzykowskiego, o którym to autorze można powiedzieć różne rzeczy, ale nie to, żeby miał sympatyzować z jakkolwiek definiowaną lewicą.)

Wróć do tekstu Tazbira. Poza kilkoma oczywistościami typu wyżej wynotowanych (które jednakowoż wciąż nie są wystarczająco oczywiste i dlatego warto je powtarzać) niesie Ci on wiele interesujących relacji na temat skali zjawiska permanentnej wojny ludzi przeciwko zwierzętom. Dla przykładu akapit na temat głęboko uduchowionego - w każdym razie wynikającego z pewnych rozstrzygnięć duchowej natury - stosunku człowieka do kota jako wcielenia zła wszelkiego:
W wielu krajach palono koty w środę popielcową oraz w dzień św. Jana, a w święto Wniepowstąpienia zrzucano je z wieży kościelnej (to ostatnie działo się również w Polsce). We Francji worek lub kosz z kotami wieszano nad stosem, który następnie zapalano. To okrutne widowisko, organizowane 24 czerwca (w dzień św. Jana) trwało od czasu rządów Ludwika XI (1461) co najmniej do początków XVIII stulecia. Zaszczycali je swoją obecnością kolejni władcy , zazwyczaj w towarzystwie delfinów. Aby sprawić synkom przyjemność, pozwalali im właśnie rozniecić ogień. Jedno z tych okrutnych, w naszych oczach, widowisk pozostawało w pewnym związku z historią Polski. Mianowicie, 24 czerwca 1573 roku Karol IX, dla uczczenia elekcji Henryka Walezego na tron Rzeczypospolitej, osobiście zapalił stos, na którym spłonęły dwa tuziny kotów oraz lisów. (s. 22-23)
Z takich i tym podobnych historycznych epizodów sklecony jest ten ciekawy esej, rzucając dodatkowe, ściśle historyczne światło na historyczno-filozoficzne analizy relacji ludzko-nieludzkich, jakich znaleźć można wiele już nawet po polsku, a po obcemu tym bardziej. Po cichu liczę, że artykuł Tazbira zamieszczony w "Znaku" to zaczątek/wyjątek z przygotowywanej przez Profesura szerokiej monografii. Byłoby super móc zrobić taką książkę historyczną.

Dobra, Tazbir przeminął, a za nim nastąpiła czarna dziura albo chociaż sporej wielkości, bo z dwóch niekrótkich tekstów składający się, uskok teoretyczno-pisarski. Wacław Hryniewicz (mam wrażenie, że kiedyś gdzieś czytałem ciekawe teksty tego autora) w "Chrześcijaństwie a świecie przyrody" oraz Wacław Michalczyk w "Świętym Franciszku z Asyżu i stworzeniach" zaserwowali bezbronnemu czytelniku taką dawkę teologiczno-blubrystycznej paplaniny, że nietrudno o niestrawność. Nie, nie, nie w tym rzecz, że teologia, bo i teologia - wyobrażam sobie - może być ciekawa merytorycznie a tym bardziej interesująca formalnie. Panowie przesłali jednak do "Znaku" teksty jak nic przygotowane na jakąś nudną konfę, na której nikt niczego nie słucha, nikt niczego nie chce powiedzieć, na której - poza rytualnym odczytywaniem odczytów - nic się nie dzieje, a najmniej na poziomie idei i ich wymiany. Do tego wszystkiego Hryniewicz zaprzepaszcza dobre wrażenie po lekturze Tazbira, przecząc onym oczywistościom nie dość oczywistym i dlatego wartym powtarzania. Przeczy im i cofa nazbyt dobre mniemanie o redakcji miesięcznika. Wydawało się w trakcie Tazbira, że "Znak" jest w kwestii człowieko-zwierzęcej dojrzały, a po Hryniewiczu wychodzi, że jedynie pluralistyczny, co żadną szczególną zaletą w dobie hegemonii pluralizmu nie jest.
Dobra, dobra, ale o czym mowa? Ano o tym na przykład: Biblia nie usprawiedliwia bezwzględnej i bezlitosnej postawy człowieka wobec reszty stworzenia. (s. 31) Jak nie usprawiedliwia, skoro usprawiedliwia? Według Hryniewicza to nie Biblia jest zła dla zwierząt, ale źli są/byli dla tych ostatnich kanoniczni interpretatorzy Dobrej Księgi. No nie wiem, może mam trefny egzemplarz Biblii. Nie zamierzam zresztą kłócić się o fakty. Hryniewiczowi w każdym razie oddaję dobre intencje, którymi wybrukowana jest jego naiwna moim zdaniem i cokolwiek naciągnięta lektura obu Testamentów. Jeszcze chętniej oddaję mu poczucie odpowiedzialności - jako chrześcijanina - za stan rzeczy kształtowanej przez wieki:
Biblijna wiara w stworzenie świata nie może być usprawiedliwieniem bezwzględnego władztwa człowieka nad przyrodą. Biblia nie przekazuje polecenia bezlitosnego opanowania ziemi. Fałszywy okazuje się szeroko rozpowszechniony w świadomości chrześcijańskiej pogląd, że słowa Księgi Rodzaju (1,28) nakładają na człowieka obowiązek nieograniczonego panowania nad ziemią i przyrodą. Tradycyjna teologia zachodzniego chrześcijaństwa głosząca owo dominium terrae ponosi co najmniej część współwiny za obecny kryzys ekologiczny. (s. 31)
Amen.

Po dwóch tekstach słabych zdecydowanie (które, mam wrażenie, za czasów świetności "Znaku" nie miałyby szans się w onym ukazać) jest już tylko lepiej. Barbara Chyrowicz publikuje historię pt "Cierpienie ludzi - cierpienie zwierząt" i historia ta mieści w sobie spory ładunek filozoficznej refleksyjności. Teza: ludzie cierpią i zwierzęta cierpią, ale zwierzęta cierpią mniej. Dlaczego mniej? Bo inaczej istnieją i ich sposób na istnienie impregnuje je na cierpienie właściwe jedynie homo sapiens. Istnienie zwierząt jest zwierzęce, istnienie ludzi - osobowe. Byty osobowe to bez wyjątku byty ludzkie. Nie wiadomo, na czym Autorka osadza swoje przekonanie w tym temacie, ale już (na czymkolwiek) osadzone nie dopuszcza do głosu żadnych wątpliwości:
Ból zadawany zwierzętom przez ludzi nie znajduje usprawiedliwienia, bo w odniesieniu do oprawcy nie znajduje wystarczającej racji, a w odniesieniu do ofiary - żadnej. Nie sądzę jednak, by człowiek nie miał prawa wykorzystywać zwierząt do swoich celów. Zwierzę nie jest przedmiotem, nie jest też osobą. Stanowi wartość nie przez wzgląd na to, że może się człowiekowi do czegoś przydać, lecz z uwagi na to, że istnieje. Istnienie zwierząt różni się jednak od istnienia ludzi. (s. 61)
Pal sześć nie-osobowy status zwierząt (dodatkowo pal dwanaście niespójność wyżej wyrażonego poglądu Autorki z pomieszczonym w dalszej części tekstu stwierdzeniem: mamy prawo przypuszczać, że wyższe gatunki zwierząt mają jakąś formę swojego "ja", która łączy ich przeżycia i stanowi podstawę zindywidualizowania), coś innego zadziwia w powyższym wnioskowaniu. Człowiek, wynika z niego, ma prawo do wykorzystywania zwierząt do swoich celów mimo, że nie znajduje usprawiedliwienia dla zadawania im bólu. Jak pogodzić jedno z drugim? Czy w obliczu niemożności usprawiedliwienia zadawania cierpienia zwierzętom wystarcza autorce kontrowersyjne (z psychoewolucyjnej perspektywy) uznanie ich bez-osobowości, by moralnie uprawomocnić ból, cierpienie i wyzysk nie-ludzkich nie-osób? Wcale nie jest to tani zarzut, a raczej pytanie o możliwość usprawiedliwienia zastanego porządku relacji człowiek-zwierzęta przy jednoczesnym podważeniu chrześcijańsko-kartezjańskich podstaw teoretycznych tego porządku. I nawet jeśli rzeczywiście nie sposób przyznać zwierzęciu statusu osoby (która to niemożność nie jest przecież przesądzona, a wręcz przeciwnie, obecnie naukowcy jawnie sugerują adekwatność osobowego charakteryzowania zwierząt) to odrzucenie perspektywy uprzedmiotawiającej je siłą rzeczy wymusza etyczną reinterpretację wszelkich relacji międzygatunkowych z człowiekiem jako graczem dominującym.
Chyrowicz nie umie usprawiedliwić zadawania cierpienia zwierzętom. Usprawiedliwia jednak wykorzystywanie zwierząt przez człowieka dla jego pożytku. Jakoś udaje jej się przejść do porządku nad kwestią usprawiedliwienia prawa do wykorzystywania zwierząt, które zazwyczaj wiąże się z nieusprawiedliwionym zadawaniem im cierpienia. Pisze, że zwierzęta istnieją inaczej od ludzi i, co wynika z dalszej lektury, jest to dla niej okoliczność przesądzająca kwestię etyczności wyzysku zwierząt przez człowieka.
Każdy człowiek jest jak "biały kruk", jego życie jest jedyne, bezcenne, niepowtarzalne. Każdy z nas ma doświadczenie swojej wyjątkowości, wyrażające się chociażby w stwierdzeniach: "to moje życie", "mam prawo myśleć inaczej", "jestem kimś innym". Zwierzęta są jedynie egzemplarzami gatunku. Jako takie żyją życiem biologicznego gatunku, człowiek natomiast żyje własnym życiem. To dlatego zwierzęta mogą mieć właścicieli, człowiek zaś nie jest niczyją własnością (...). (s. 71)
Mam prawo myśleć inaczej. I myślę inaczej. Myślę, że Autorka - mimo, że stawia moralnie istotne pytania - błądzi po omacku, czerpiąc wiedzę na temat omawianego fragmentu rzeczywistości z filozoficznych rozpraw różnego wieku i autoramentu, nie sięgając natomiast do miarodajnych w tej materii tekstów etologicznych, socjobiologicznych, psychoewolucjonistycznych. A szkoda, bo - dla przykładu - "Przez dziurkę od klucza" Jane Goodall czyta się i z przyjemnością, i z wielkim pożytkiem poznawczym. Po jej lekturze pewnie znacznie trudniej byłoby Chyrowicz powtórzyć, że "zwierzęta są jedynie egzemplarzami".
A niech tam! Nawet gdyby tak było, to przecież w mocy pozostaje przesłynne tu i ówdzie (czyli między swemi) benthamowskie: należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować, ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć. No i, koniec końców, o tym miał być to tekst - pod tytułem "Cierpienie ludzi - cierpienie zwierząt" w zeszycie "O cierpieniu zwierząt" - o cierpieniu, nie o mentalnym zróżnicowaniu między gatunkami! Wychodzi, że cała refleksyjna robota autorki i tak rozbija się na klasycznym uprzedzeniu gatunkowym, podstaw którego momentami zdaje się sama dochodzić.

Następny w kolejce do uważnej lektury stoi tekst "Las i jego cierpiący mieszkańcy" Adama Wajraka. Tekst ciężki od refleksji nad psychicznym cierpieniem zwierząt.
Ten rodzaj cierpienia jest bardzo często pomijany, gdy mówimy o zwierzętach. Być może dlatego, że wciąż możliwości, jakimi dysponujemy na polu znęcania się fizycznego są tak wielkie, że coś, co moglibyśmy nazwać cierpieniem psychicznym, wydaje się nikłe. Może dzieje się tak dlatego, że odmawiamy zwierzętom jako istotom "niższym" prawa do takich doznań jak cierpienie inne niż fizyczne.
Jestem zresztą przekonany, że zwierzęce cierpienie psychiczne niekoniecznie musi być związane ze śmiercią, kaleczeniem i uszkadzaniem. Może to być też cierpienie wywołane utratą środowiska lub brakiem kontaktu z przedstawicielami swego gatunku. Tak jest, zwierzęta potrafią cierpieć, bo są na przykład samotne. (s. 75)
Niżej Wajrak przedstawia interesujące przykłady na potwierdzenie swojego stanowiska. Pisze m.in. o mieszkającym u niego kruku i jego zachowaniu, które wyraźnie wskazuje na wzrastającą w ptaku potrzebę społeczną. Inna warta wzmianki kwestia w bardzo fajowskim eseju znanego i lubianego (nie przez wszystkich - wiadomo, Wyborcza!) przyrodnika to wołanie o przyrost, upowszechnianie społecznej wiedzy o zwierzętach. Wajrak słusznie peroruje, że wiedza ma moc pomnażania szczęścia (w tym wypadku zwierzęcego, w tym wypadku poprzez minimalizację nieszczęścia) a głupota wręcz odwrotnie.
By (...) dostrzec [zwierzęce cierpienie - reb.] potrzeba nie tyle empatii, ile wiedzy o tym, jakie są zwierzęta i jakie jest ich życie. (s. 78)
(...) nawet najwspanialsze przepisy prawne nie będą działać, jeżeli większość społeczeństwa będzie posiadała nikłą wiedzę na temat zwierząt. Im więcej wiemy o jakimś gatunku - jak żyje, jak się rozmnaża, jak opiekuje potomstwem, jak zdobywa pokarm - tym więcej praw jesteśmy mu gotowi przyznać. (s. 79-80)
Coś w tym jest, ale nie wszystko to prawda. O świniach, krowach czy kurach wiemy niemal wszystko, jednak zwierzęta te nie cieszą się żadnymi szczególnymi prawami pośród innych gatunków. Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista. Być może to także kwestia wiedzy, wiedzy bynajmniej nie biologicznej. Z dziejów człowieka w każdym razie wynika, że empatii wiedzą zastąpić się jednak bez reszty nie da.

Po Wajraku na (gorzki, choć przyrządzony wybornie) deser Michał Olszewski serwuje tekst pt. "Kręta ścieżka mięsożercy". Gdyby ktoś zechciał napisać historię cierpienia zwierząt, byłaby to również historia ludzkiej hipokryzji. Tak się zaczyna ten esej, totalnym Hiczkokiem, tak też się później toczy zupełnie na ostro. Autor - tragiczny, bo refleksyjny mięsożerca - naszkicował na kilkunastu stronach tekstu "zestaw elementarnych wykolejeń logicznych z toczącą się równolegle walką o godność zwierząt". Dopiero przemieszanie tych dwóch prądów - usprawiedliwia swój projekt - może przynieść w miarę kompletny, choć niewątpliwie paranoiczny obraz naszego stosunku do cierpienia "braci mniejszych" (s. 83.)
Przyznaliśmy zwierzętom prawo do odczuwania. Od wielu lat, przy okazji świąt Bożego Narodzenia, toczy się walka o godną śmierć karpia, ze wszech miar słuszna, największemu bowiem wrogowi życzyć nie wypada, by dokonywał ostatniego tchnienia, dusząc się w plastikowym worku albo wannie wypełnionej wodą poimieszaną z krwią. Przeciętny obywatel zdaje sobie w znacznie większym niż kiedyś stopniu sprawę z gehenny polskich koni rzeźnych, które do Włoch dojeżdżają z połamanymi nogami, oszalałe ze strachu. Wie, że trzymanie psa na krótkim łańcuchu, bez wody i jedzenia, jest okrucieństwem. Ujawniane przez media przypadki okrutnych zaniedbań wobec zwierząt przyjmowane są niezwykle emocjonalnie, jakby w naszej wrażliwości nastąpiła rzeczywista zmiana.
Znikają widoki zrośnięte ciasno z wiejskim krajobrazem. Unijne reguły sprawiły, że ubój coraz częściej przenosi się z podwórek do rzeźni. Topienie psów i kotów zyskało alternatywę w postaci sterylizacji. Jest coraz bardziej higienicznie, coraz czyściej, coraz mniej cierpienia rozgrywa się na naszych oczach.
W tak wyczyszczonej przestrzeni humanitaryzm splata się z obłudą. Chcemy bowiem redukować cierpienie zwierząt, nie likwidując jego rzeczywistych przyczyn. W języku specjalistów od ochrony środowiska taka metoda nosi nazwę "końca rury". Oczywiście, kwestia, czy świnia zginie w męczarniach czy też błyskawicznie, ma wielkie znaczenie. Karp, który zdycha całymi godzinami w odrobinie wody, cierpi bardziej niż karp umiejętnie uśmiercony młotkiem.
Jednak najważniejsze pytanie brzmi: czy karp w ogóle musi ginąć? (s. 83-84)
Odpowiedź autora, przy wszystkich subtelnych zastrzeżeniach, brzmi: musi. Mus ten bierze się nie z jakkolwiek skonstruowanego teoretycznie usprawiedliwienia (i tu jestem pełen podziwu dla Autora, który dysponuje przecież szerokim wachlarzem mięsożerczych autousprawiedliwień lepiej lub gorzej skleconych. Żadne z nich jak dotąd nie ostaje się co prawda pod ciosami etyczno-animalsiarskiej krytyki, jednak zawsze zostaje możliwość nadrabiania dobrą miną i jeszcze lepszym humorem vide "prawa dla krów, a to ci dobre!"). Funduje go raczej jakaś egzystencjalna niemoc. Olszewski rozumie i przyjmuje racje formułowane przez etykę praw zwierząt, ale nie potrafi wcielić ich w swoje życie. Stąd wyrok wydany na karpia.
Wróć. Wyrok na karpia został wydany nie ze strony niemocy Olszewskiego. Olszewski jest raczej ofiarą własnej refleksyjności w świecie nie nawykłym do refleksyjności. Obyczaj, kultura, kontekst społeczny, tradycja, religia - to wszystko jest przeciwko myśli, idei która dąży do swego wcielenia. Stawką, o jaka toczy się gra, ma być ostatecznie jakość życia, a w dalszej kolejności samo życie czującej istoty. Tymczasem stawką tą, regionalnie i historycznie, jest jedynie gest sprzeciwu, osobiste odcięcie się od praktyki poniżania i zabijania nie-ludzi. Być może to właśnie przyczyna takiego a nie innego wyroku? Wegetarianizm jest wyborem właściwym z etycznego punktu widzenia. Jest jednocześnie wyborem, który z perspektywy jednej pary wegetariańskich (bądź nie) oczu nie zmienia świata ani o jotę. Jak zauważył gdzieś Gary Francione, w czasie gdy wegetarian przybywa dwukrotnie, światowe spożycie mięsa i nabiału wzrasta czterokrotnie. Efektywność konsumenckiego bojkotu rzeźni jest w praktyce zerowa. W porządku. Szkopuł w tym, że nie usprawiedliwia to moralnie niemoralnego wyboru. I dlatego Olszewski pisze swój tekst. Deklarowanie szacunku do zwierząt i jednoczesna zgoda na ich zabijanie jest zwykłym oszustwem. Śmierć schodzi do podziemia, ale trup pozostaje. (s. 84)
Nie kocham zwierząt, lecz nie łudzę się przynajmniej, że ta szczerość pozwala mi uniknąć ślepoty. Wraz z rosnącą świadomością dokonuje się bowiem wokół proces inny - redukujemy swoją wiedzę o niewygodnym dla nas, jako istot współczujących i humanitarnych, łańcuchu zdarzeń, takim oto, że pomiędzy uroczą świnką w chlewie a apetycznym kotletem na talerzu rozpościera się wielka przestrzeń etapów pośrednich, znaczona bólem. Znika świadomość współodpowiedzialności za zabijanie. Cierpienie znika w przestrzeniach zaplanowanych wedle standardów HACCP, rozgrywa się już nie na klepisku i w gnoju, tylko wśród stali kwasoodpornej i sterylnej bieli płytek. Przestaje nas dotykać. Zrzucamy z siebie oczywistą współwinę, choć przecież to my - mięsożercy, amatorzy skórzanych kurtek, futer i dobrych butów - jesteśmy zleceniodawcami. (s. 84-85)
Nie pamiętam, żebym czytał kiedykolwiek tak mocno napisany tekst na temat wyzysku zwierząt skreślony ręką nie-wegetarianina. Samo to, że autor je mięso, ma kapitalne znaczenie dla mnie, etycznie określonego weganina, nurzającego się w teoriach spod znaku zwierzęcego wyzwolenia z lubością i z satysfakcją nie znajdującego słabych miejsc fundowanego wegańsko światoobrazu. (Wiem, wiem, samo to, że perspektywie oglądu brak słabych punktów, jest jej słabym punktem. Skoro tym samym znalazłem jej słaby punkt mogę jednak ze spokojem wrócić do rzeczy.) Gdyby wszystko, co i jak napisał Olszewski, napisał, dajmy na to, Peter Singer, podpadało by pod zarzut ideologicznej manipulacji (zarzut rzeczowo słaby, za to nośny publicystycznie) .
Ostatnia rzecz, o której chcę napisać, to propozycja wyjścia z moralnego pata, jaką formułuje Olszewski (nie on pierwszy zresztą). Skoro z jakichś przyczyn nie może/nie chce być wegetarianinem, a jednocześnie nie potrafi pogodzić się z zastanym stanem relacji ludzko-zwierzęcych, próbuje minimalizować cierpienie zwierząt poprzez rezygnację z konsumpcji produktów wielkich farm, tuczarni, rzeźni - tego wszystkiego, co daje się sprowadzić do wspólnego mianownika fabryk zwierząt na mięso/nabiał. Wielkoprzemysłowy chów zwierząt jest w istocie podstawowym problemem etyki wyzwolenia/praw zwierząt. Industrializacja czujących stworzeń to pomysł iście szatański, ponury efekt uboczny rewolucji przemysłowej, jaką przyniosła ze sobą instytucja taśmy produkcyjnej. Krowa w mleczarni czy świnia w chlewni to dla producentów mleka czy szynki narzędzie, wobec którego należy zachowywać się mniej więcej tak, jak producent blachy falistej zachowuje się wobec prasy. Jakie są konsekwencje moralne takiego obrotu spraw? Liczne. I z reguły nie dostrzegane, wobec tego - nie brane pod uwagę w sytuacjach podejmowania konsumenckich wyborów. Kiedy już się jednak wmyśleć w kwestię niechybnie kombinuje się na temat wyjścia z układu zależności.
Zgoda na mięsożerstwo nie musi oznaczać akceptacji skandalicznych warunków, w jakich transportowane są przez Europę polskie konie, ani tuczu przemysłowego i miejsc, gdzie świnie spędzają całe swoje życie na metalowych rusztach. Możesz odmówić sobie foie gras, zadać sobie trud i znaleźć pod miastem rolnika, który trzyma zwierzęta w przyzwoitych warunkach. Możesz zabić, wcześniej nie zadając zbędnego cierpienia. (s. 86-87)
Ta strategia może zadziałać, choć moim zdaniem wbrew pozorom dużo łatwiej jest po prostu przejść na wegetarianizm. Dużo łatwiej jest bowiem dochowywać swoich zasad gdy przechodzą niezauważenie w nawyki żywieniowe, niż permanentnie ponawiać śledztwo w sprawie pochodzenia tego oto kawałka mięsa, tego oto jajka, tego mleka.
Tą kwestią mam nadzieję zaniepokoić Michała Olszewskiego, kiedy dotrze do Kalisza z promocją na wiosnę mającej się ukazać książki, poruszającej kwestie zarysowane w omawianym artykule. Spodziewam się wiele po niej samej, po jej lekturze, wreszcie po obiecanej przez Autora wokół niej i z nim dyskusji.

Resume. Dwa teksty bez sensu, kilka interesujących, co najmniej dwa bardzo ważne. I sam fakt decyzji wypuszczenia zwierzęcego numeru przez "Znak" rewelacyjny. Dobrze, że temat jest stawiany coraz śmielej i coraz szerzej, co pobudza nadzieję na rzeczywistą zmianę paradygmatu i przełamanie powszechnie akceptowanego uprzedzenia gatunkowego, które po dziś dzień wydatnie gospodaruje na swoich warunkach sferą międzygatunkowych relacji. Pewnie, że nie za tydzień i nie za rok. Ale skoro nawet "Znak"...

15 komentarzy:

Modne Bzdury pisze...

http://ksiazki.wp.pl/katalog/ksiazki/ksiazka.html?kw=96578

Mam na półce, ale nie ruszyłem jeszcze i pewnie zbyt szybko to nie nastąpi, ale może Ciebie zainteresuje. Ponoć dobra rzecz.

rebus pisze...

dzięki za cynk, nie wiedziałem o tej pracy, zarąbisty njus! nabywam & pozdrawiam!

jo pisze...

Jacek Lejman - bardzo barwna postać w mojej Alma Mater. Z tego co wiem to pisał zarobkowo teksty dla kapel disco polo (ale to może być urban legend). Miałem z nim trochę zajęć - wyjątkowo dobry prowadzący. Jakby w necie było drogo to mogę Ci prosto w wydawnictwie zakupić, a sam chyba też się skuszę.

pendragon pisze...

Masz punkta!

ignorant w tych sprawach pisze...

Po co przekraczać granice czy uprzedzenia gatunkowe? Czy nie powinniśmy się raczej martwić o własny gatunek? Przecież przyroda jest okrutna – albo my ich albo oni nas? Ktoś kogoś w tej naturze będzie przecież zjadał?
Nie rozumiem racjonalnych i naturalistycznych podstaw do troski o inne gatunki. Gdyby były religijne czy metafizyczne to jeszcze, ale na gruncie biologii i ewolucji? Jak to można uzasadnić? Pewnie w niejednej książce o tym piszą, ale w moim ciasnym rozumku się to nie mieści.

Żartem (gdzieś zasłyszanym) – myślisz że Cię robaki po śmierci oszczędzą?? :-)

rebus pisze...

"Nie rozumiem racjonalnych i naturalistycznych podstaw do troski o inne gatunki. Gdyby były religijne czy metafizyczne to jeszcze, ale na gruncie biologii i ewolucji?"

Racjonalne czy naturalistyczne podstawy etyki praw zwierząt biorą się z dwóch założeń (te dwa przychodzą mi w każdym razie teraz do głowy ;-)
1. ból i cierpienie są złe, bo jest źle jak nas boli i kiedy cierpimy. skoro tak jest, to należy raczej ograniczać (na ile jest to możliwe) ich występowanie w świecie niż je poszerzać.

2. Jeśli rację ma Peter Singer i tradycyjny stosunek człowieka (zwłaszcza człowieka Zachodu) do zwierząt bierze się z uprzedzenia (Singer upowszechnił termin "szowinizm gatunkowy", charakteryzujący tę postawę), to przecież krytyczna praca znosząca każdą formę uprzedzenia jest do cna racjonalna.

Pozdrawiam.

ignorant cd... pisze...

ad 1. nadal nie widzę w tym argumencie nic co miało by wskazywać, że mamy te kryteria stosować do zwierząt,
walka o przeżycie i dominację między gatunkami wydaje mi się wystarczającym usprawiedliwieniem mięsożerstwa

ad 2 nie każda forma uprzedzenia jest zła, np. do gorącego garnka lepiej podchodzić z uprzedzeniem, podobnie jak do człowieka z pistoletem czy drapieżnego zwierzęcia, nadanie uprzedzeniom występującym pomiędzy człowiekiem i zwierzętami negatywnego zabarwienia pachnie mi manipulacją i grą słów

chciałbym zrozumieć fundament tego światopoglądu którego jedyną skazą jest całkowity brak skaz, a na razie mi to kiepsko idzie

rebus pisze...

"walka o przeżycie i dominację między gatunkami wydaje mi się wystarczającym usprawiedliwieniem mięsożerstwa"

mięsożerstwo we współczesnym świecie nie ma nic wspólnego z "walką o przeżycie" czy o "dominację", więc to usprawiedliwienie raczej nie działa.

nie wiem co to znaczy "podchodzić do gorącego garnka z uprzedzeniem". wiki podaje do wierzenia taką definicję uprzedzenia: "rodzaj postawy polegającej na odrzucaniu czegoś lub kogoś bez racjonalnych przesłanek". myślę o uprzedzeniu jako przesłance szowinizmu. nie ma racjonalnych szowinizmów i nie ma racjonalnych uprzedzeń.

Pozdrawiam i życzę wytrwałości w próbach zrozumienia światopoglądu bez skaz, o ile takie próby podejmujesz, w co - przyznam bez bicia - z deka wątpię ;-)

uprzedzony ignorant pisze...

uprzedzenie - zwykle nieuzasadniona niechęć, nieprzyjazne uczucie w stosunku do kogoś, do czegoś (SJP PWN)
mimo wszystko podkreślałbym że "zwykle" nie oznacza "zawsze"

Twoja wątpiąca reakcja na moje pytania - cokolwiek osobista, niestety potwierdza moje obawy iż Twój światopogląd nie opiera się na mocnych podstawach ale na ślepej wierze - jak większość światopoglądów
dobrze by jednak było sobie to uświadomić i nie rościć sobie prawa do jedynej prawdy

"mięsożerstwo we współczesnym świecie nie ma nic wspólnego z "walką o przeżycie" czy o "dominację", więc to usprawiedliwienie raczej nie działa."
1. co to znaczy we współczesnym świecie? czyli Twój światopogląd działa we współczesnym świecie tylko? a w przyszłym będzie działał?
2. nie do końca się zgadzam, że nie ma nic wspólnego z walką o przeżycie, nie mam powodu sądzić, że ewolucja się skończyła (podobnie jak historia się nie skończyła)

Pomimo nieco obraźliwego ostatniego Twojego komentarza i nader skąpych odpowiedzi jeszcze jedno pytanie - jak daleko sięga współczucie dla zwierząt, do jakich zwierząt? czy kończy się na ssakach, ptakach, gadach, owadach? jakie jest kryterium tego podziału?

mimo wszystko pozdrawiam

rebus pisze...

Jeśli Cię uraziłem - przepraszam. Spodziewałem się jednak większego dystansu do siebie samego ze strony kogoś, kto ma odwagę tytułować się Ignorantem, kto w polemice podważa możliwości własnego "rozumku" (oczywiście, wszystko to z przekory, inaczej tego nie czytam). Przeliczyłem się, dlatego przepraszam. Nie miało być napastliwie, jedynie zgłaszałem pretensje do odkodowania ironii. Ostatecznie sam piszesz w ostatnim poście o wcześniej żywionych "obawach" co do podstaw mojego światopoglądu. W swoim osobistym wtręcie chciałem jeno podkreślić, że te niewyartykułowane wprost obawy czytam między wierszami ;)

Co do owych światopoglądowych podstaw to myślę o nich inaczej niż Ty i tu zakończyłbym wymianę zdań na ten temat. Nie sugerowałem nigdzie, że ewolucja się skończyła, podobnie z historią. Nie wiem, czy mój światopogląd będzie działał w przyszłym świecie (nie wiem też, co masz na myśli pisząc o tym ostatnim).

Tekst o nieskazitelności światopoglądu skonstruowanego wokół diety, jakiego się dopuściłem w blogowej notce (i który, jak rozumiem, jest powodem Twojej irytacji), jest sporym skrótem myślowym, który nie chwyta i nie przenosi licznych odstępstw od owej zadeklarowanej nieskazitelności. Wegetariański świat, o jakim marzę (mając świadomość, że to marzenie - jeśli kiedykolwiek - nie spełni się za mego żywota) nie może być wolny od wad i problemów, także tych na linii relacji międzygatunkowych. Jestem jednak przeświadczony, że bilans strat i zysków (mierzonych jakąś wirtualną jednostką bólu i szczęścia), byłby w takim świecie zdecydowanie na plus.

Ostatnie pytanie, jakie zadajesz, stwarza rzeczywisty problem teoretyczny i nie znam na nie dobrej odpowiedzi. Jednak moim zdaniem brak rozstrzygnięcia w tym miejscu nie wpływa na spójność etycznej argumentacji na rzecz powszechnego wegetarianizmu.

Ewentualną dalszą wymianę poglądów przeniósłbym, jeśli pozwolisz, na emalię; spieramy się o wegetarianizm i ma to wg mnie dość luźny (mimo wszystko) związek z występem na blogu.

Raz jeszcze sorry za nietakt,

pozdrawiam!

nieco mniejszy ignorant pisze...

Ok - bez urazy. "Ignorant" i "rozumek" nie były ironiczne, może trochę przekorne, ale wcale nie tak bardzo jak Ci się wydawało.

Co do moich wcześniejszych obaw są one "uprzedzeniem" ogólnym, a nie wobec Ciebie. Jakoś nie udało mi się zidentyfikować światopoglądu, który obywa się bez aksjomatów, pytanie gdzie są one ulokowane.

Co do bilansu strat i zysków Twojego światopoglądu pewnie masz rację co do bólu i cierpienia, ale nie jestem pewien jakie byłyby jego inne skutki uboczne (jak każdej utopii - sorka za to określenie, ale na dzisiaj to jest utopia).

Dalsza dyskusja może przy innej okazji...

Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Akurat Wajraka zawsze lubiłem i nie przeszkadzało mi, że pisze w Wyborczej. Piszę to ja, bo mam odczucie że to do mnie było (Wiadomo-Wyborcza). Rozróżniam pomiędzy tematami i autorami. Funky

rebus pisze...

akurat to nie było jakoś specjalnie do Ciebie, dezawuowanie tekstów ze względu na to, że są publikowane w GW to dość powszechna postawa ostatnio. Pozdrawiam

gzyra pisze...

Pomiędzy Etyką z 1980 a numerem Znaku, który omawiasz (i Krytyki Politycznej) była jeszcze Więź nr 7(477) z 1998 r. zatytułowana "Zwierzęta, nasi bracia mniejsi". Info tu: http://www.wiez.com.pl/index.php?s=miesiecznik_szczegoly&id=68

rebus pisze...

dzięki za informację, chętnie odkopię i sprawdzę