piątek, 16 stycznia 2009

"Krytyka Polityczna" chce wyzwalać zwierzęta, ale się boi


Kolejny występ zgodnie z deklaracją na temat zwierzęcego bloku tekstów w 15. numerze "Krytyki Politycznej". Blok ma tytuł "nie-ludzka polityka" i nie do końca jest "zwierzęcy". Jego tematem właściwym są wszelkiego typu podmioty lub wszelkie takie obiekty, o których można myśleć jako o podmiotach. Z tej perspektywy rozważają autorzy numeru relacje typu człowiek-zwierzę, człowiek-przyroda, człowiek-maszyna, człowiek-ludzki płód (płód, czyli jeszcze-nie-człowiek). (Do tego wszystkiego Przemysław Czapliński dorzuca esej o "mięsności" Brach-Czajny i "Lubiewie" Witkowskiego, ale szczerze mówiąc nie mam pomysłu jak to się ma do tematu bloku. Może po prostu nie było lepszego miejsca w bieżącym numerze na ten kawałek.)

Całość ma interesujące interludium wizualne: Sanja Iveković prezentuje pracę "Oblicza języka", która składa się z par zdjęć, przedstawiających kobiety ze śladami dokonywanej na nich przemocy oraz samice różnych gatunków. Pary zdjęć łączą wspólne tytuły-opisy. Są to po prostu nazwy gatunkowe prezentowanych zwierząt, które - tak się jakoś kulturowo złożyło - w świecie międzyludzkich relacji służą również jako narzędzia do poniżania. Gęś, koza, krowa, kwoka, suka, kobyła. Artystka wydobywa na powierzchnie mechanizm głęboko zakonspirowany w katakumbach naszej kultury: żeby posiąść zdolność "niewinnego" stosowania przemocy wobec innego, należy go w pierwszym rzędzie odczłowieczyć. Człowiek - o czym wie każde dziecko wychowane na szacunku do pięcioksiągu (przy czym szacunek nie oznacza oczywiście znajomości) - jest najwyższą doskonałością ziemską. Wszystkie inne plugastwa plasują się po-niżej poziomu ludzkiego, na wzór samego Boga skleconego, majestatu. Poniżanie nie-ludzkich zwierząt to chleb codzienny homo sapiens, to stara tradycja jest i stara filozofia. Imiona zwierząt doskonale zatem nadają się na usprawiedliwianie dokonywanej na innych przemocy, nie tylko kobiet: "polskie świnie", "niemieckie świnie", "żydowskie świnie", "gejowskie świnie". Tych świń jest w potocznym języku cała masa. Ciekawe, na ile ich status istot na trwale za-stygmatyzowanych ma rodowód biblijny, na ile zaś bierze się z utrwalonej praktyki traktowania tych zwierząt w ramach pospolitej gospodarki żywieniowej.

Zwierzęco-polityczne czytanie zaczyna się zaś od Kingi Dunin, która w tekście pt. "Czy empatia jest lewicowa?" na tytularne pytanie odpowiada że si. Państwo czytacie oczywiście polityczne konsekwencje takiego rozstrzygnięcia, nawet bez konieczności zaglądania do tekstu; jeśli empatia jest lewicowa, to prawica nie wie, co to empatia. Co to empatia (i altruizm - w tekście Dunin pojawia się także to pojęcie) nie wie też (neo)liberalny leseferyzm. Skoro etologia prawicy obrana jest z empatii, to w czym odnajduje ona swoje biologiczne podstawy? W "nienawiści i stadności"!
"Na tych emocjach buduje swoją siłę konserwatywna prawica. Natomiast liberałowie z gamy dostępnych nam odczuć wybierają indywidualny egoizm". (s. 62)

No cóż, manifestacja fajności genetycznego uposażenia lewicy i niefajności wad wrodzonych u politycznych oponentów robi wrażenie, wrażenie skandalu biologiczno-politycznego. Obawa jednak zachodzi, że wbrew najlepszym chęciom lewicy (w tym, a może zwłaszcza środowiska "Krytyki Politycznej") ani ona taka empatyczna, jak się jej wydaje (zwłaszcza w interesującej mnie tutaj sferze relacji ludzko-nieludzkich), ani prawica taka niewrażliwa. Przykłady na nieprawdziwość nieempatyczności prawicy: (1) zaangażowanie redakcji "Dziennika" w zagadnienia związane z ochroną środowiska, (2) niżej obgadany numer "Znaku", (3) happening Lecha Kaczyńskiego z wypuszczeniem wigilijnego karpia na wolność (choć z drugiej mani nie mam pewności, czy to nie zwykła kalka obłudnej szopki z darowaniem życia dziękczynnemu indykowi przez prezydenta U.S. Mam nadzieję, że Kaczyński był cokolwiek szczery), (4) w poprzednim występie wzmiankowana książeczka Tomasza Pietrzykowskiego Spór o prawa zwierząt, Katowice 2007, która za motto ma cytat z Isaaka B. Singera: "Wobec zwierząt wszyscy ludzie są nazistami, a świat niekończącą się Treblinką", a we wstępie której przeczytać możemy między innymi:
Rzetelny opis faktów, rzeczywistych sposobów traktowania zwierząt w codziennej praktyce przez wykorzystujące je gałęzie przemysłu wystarcza do tego, aby uświadomić sobie, że sprawa "wyzwolenia" zwierząt nie jest jedynie wydumanym pseudoproblemem odwracającym uwagę od naprawdę poważnych kwestii społecznych, ale elementarnym wyzwaniem moralnym, z jakim zmierzyć się musi każdy uczciwy i traktujący serio deklarowane przez siebie wartości człowiek, którego milczenie i brak zainteresowania stanowią w praktyce zgodę (jeśli nie współudział) na podtrzymywanie owej "niekończącej się Treblinki". (s. 13-14)
Albo zatem Pietrzykowski nie wie, że jest lewakiem, albo też empatia nie jest lewicowa, a najwyżej lewica bywa (okej, prawda, że znacznie częściej niż prawica) empatyczna.

Dla naturalistycznego porządku tego bloga chciałbym dodatkowo przypomnieć, że empatia, stadność, altruizm, egoizm to nie metafizyczne maczety, którymi można machać w ramach walki politycznej, ale pojęcia z korpusu nauk przyrodniczych. A jeśli się jednakowoż uprawia nimi ideologię, to warto mieć na uwadze ich obosieczność. Ani egoizm nie jest taki straszny, jak się metafizycznym moralistom wydaje, ani empatia tak śnieżnobiała i przez stwórcę nadana. Wszystko to adaptacje i gonienie za replikacją.

Olga Tokarczuk jest autorką pomieszczonych w następnej kolejności "Masek zwierząt". Tekst zaczyna się od akapitu nawołującego do absolutyzacji zwierzęcego cierpienia:
Cierpienie człowieka łatwiej jest mi znieść niż cierpienie zwierzęcia. Człowiek ma swój własny, rozbudowany, rozgłoszony wszem i wobec ontologiczny status, co czyni go gatunkiem uprzywilejowanym. Ma kulturę i religię, żeby go w cierpieniu wspierały. Ma swoje racjonalizacje i sublimacje. Ma Boga, który go w końcu zbawi. Ludzkie cierpienie ma sens. Dla zwierzęcia nie ma ani pociechy ani ulgi, bo nie czeka go żadne zbawienie. Nie ma też sensu. Ciało zwierzęcia nie należy do niego. Duszy nie ma. Cierpienie zwierzęcia jest absolutne, totalne. (s. 63)
W akapicie tym dokonuje się tym samym ostre szarpnięcie cuglami społecznej refleksyjności. Dotychczas bowiem ruch zbudowany na gruncie etyki wyzwolenia zwierząt ma spory kłopot w upowszechnianiu tezy o równoważności ludzkiego i zwierzęcego cierpienia (choć istnieje na ten temat mocna i z dnia na dzień wzmacniająca się wiedza naukowa) . Tymczasem Tokarczuk radykalnie, o 180 stopni, odwraca sytuację i głosi wyższość zwierząt w sztuce odczuwania bólu i cierpienia. Teza tyleż ciekawa, co kontrowersyjna. Zgoda, że zwierzęta kiedy cierpią to (najprawdopodobniej) cierpią bardziej, bo (najprawdopodobniej) nie znają przyczyn swego bólu. Nic tak wydatnie nie wzmacnia cierpienia, jak strach płynący z niewiedzy i bezsilności, która z tej niewiedzy wprost wynika. (Przy okazji przypomnę zainteresowanym, że o strachu jako składniku zwierzęcego cierpienia fajnie pisał Wajrak w omówionym niżej "Znaku".) Ale kształt, jaki sprawie nadaje Tokarczuk, jest niepokojący z tych samych względów, z jakich problem miałem wcześniej z Kingą Dunin: absolutyzacja cierpienia zwierząt może prowadzić do sprowadzania całej sprawy na metafizyczne manowce. Pisarka sprawę zwierzęcego cierpienia ubiera na starcie w mityczną postać. Nie mam pewności, czy taktycznie to najszczęśliwszy pomysł. Z drugiej strony rozumiem też, że Olga Tokarczuk może mieć w poważaniu rozważania strategiczne, nie po to jest się pisarką, by rozpisywać plany bitew.

Następnie następuje kilka akapitów tytułem wprowadzenia w historię pomysłów na status zwierzęcia na przestrzeni dziejów, od "przedsokratejskiej Grecji" poprzez św. Tomasza, Kartezjusza, Kanta, Benthama. Potem Tokarczuk na dłużej zatrzymuje się przy Peterze Singerze - najbardziej radykalnym współczesnym etyku znanym z olśniewająco logicznych łańcuchów argumentów na rzecz praw zwierząt (s. 65) - głównie po to by, konstatując jego mocno racjonalistyczny wgląd w kwestię stosunków człowiek-zwierzę, skonfrontować go z prozwierzęcą literaturą Johna Maxwella Coetzee'go, z "Żywotami zwierząt". Kiedy Singer w celu zmiany paradygmatu zaleca wytrwałą, analityczną pracę rozumu, Coetzee postuluje robotę na poziomie emocji i dokonanie całościowej zmiany światopoglądowej poprzez coś, co określa mianem "wglądu".
Costello [fikcyjna bohaterka "Żywotów zwierząt" - reb.] zdaje się należeć do ludzi, którzy zobaczyli, uświadomili sobie, czy może lepiej byłoby powiedzieć u j r z e l i jakąś podstawową, przerażającą naturę świata, bo słowo "ujrzeć" zakłada jednorazowość, pojedynczość aktu percepcji. To, że jej nie dostrzegamy na co dzień, że nam umyka, że nie zastygamy w grozie, jest zdumiewające. Czy tak silnie działają mechanizmy obronne - te wszystkie potoczne, pragmatyczne argumenty, ale i także te, które znajdujemy na przykład w pismach Kartezjusza i Tomasza z Akwinu? Czy to może zwykła ludzka obawa przed wstrząsem, nawyk percepcyjnego lenistwa, brak refleksji, komfort ignorancji? Wystarcza nam po prostu to, że świat jest d a n y, że jest, jaki jest. Lecz nasza percepcyjna bierność ma znaczenie moralne, ponieważ utrwala zło. Nie chcąc ujrzeć, stajemy się współuczestnikami zła i współwinnymi. Wysiłek moralny jest więc w istocie wysiłkiem poznawczym - musimy u j r z e ć w nowy, bolesny sposób. (s. 68-70)
Wreszcie, obok Singera i Coetzee'go - Costello, Tokarczuk wskazuje na Jane Goodall jako postać symbolizującą trzeci wariant drogi do zamiany antyzwierzęcego paradygmatu współczesności na prozwierzęcy w przyszłości.
Singer podąża szerokim traktem - to droga dla wszystkich. Wszyscy mamy zdolność refleksji i umiemy posługiwać się rozumem. Jego rozumowanie można przeprowadzić tak, żeby stało się dostępne dla ludzi różnych kultur i w różnym wieku. Wyobrażam sobie też wersję dla dzieci, które mają w szkole zajęcia z etyki [zwłaszcza że jest już dostępna po polsku odpowiednia literatura, w której to roli występuje pierwszy rozdział pierwszego tomu "Wycieczek filozoficznych" Stephena Lawa - reb.].
Droga Costello jest węższa, czego ona sama jest całkowicie świadoma. Dlaczego to, co dla jednych wydaje się odrażające i straszne, innych zupełnie nie porusza? Może jesteśmy psychicznie inaczej skonstruowani, może przeżywamy świat na różnych poziomach, może nasza wrażliwość jest wrodzona i nie da się wytrenować. Może w końcu nie każdy ma zdolność do empatii i wielu ludzi po prostu nie rozumie, o czym mówi ta starsza i w końcu nieistniejąca pisarka.
I wreszcie Jane Goodall - to wąziutka ścieżka zarezerwowana dla tych, którzy mają wrażliwość, zmysły, rozum i uczciwość, żeby przeniknąć uprzedzenia i iluzje. Spojrzeć przez te dziwne maski [maski zwierząt - reb.] i ujrzeć tam inne, niepojęte i bliskie nam istoty, jakimi są zwierzęta. (s. 76)
Tak się kończy esej Tokarczuk, a zakończenie to być może ma pewną wartość poznawczą, choć nie jestem co do tego przekonany. Jeżeli jednak ma, to taką, że wyjaśnia, dlaczego to Peter Singer a nie kto inny (nie kto inny z listy Tokarczuk w każdym razie) patronuje ruchowi wyzwolenia zwierząt. Bez względu bowiem na to, jakie każden z nas ma uposażenie mentalne, cel ruchu jest polityczny i rewolucyjny. A politykę uprawiać należy poprzez oranie beretów możliwie szerokim nalotem dywanowym.

Sławomir Masłoń publikuje tekst pt. "Rozum i jego antypody: Coetzee, Singer i prawa zwierząt". Czyli, z grubsza, na ten sam temat co poprzedniczka. Szkoda, że redakcja dopuściła do takiego dubla, choć tekst Masłonia (autora przygotowywanego przez KP Przewodnika nt. Coetzee'go) cokolwiek bardziej niż u Tokarczuk odrywa się od tytularnych nazwisk i stanowisk, kombinując refleksyjnie po swojemu. Kombinacje te są formalnie momentami ciężkostrawne, a i merytorycznie bywają irytujące. Oto jak Masłoń definiuje sedno problemu z Ruchem Wyzwolenia Zwierząt:
Wbrew temu, co twierdzi Singer, że jest to ruch polityczny, a wegetarianizm i weganizm to metody bojkotu najwyższej w dzisiejszych czasach władzy, czyli rynku, jest to ideologia status quo, która dążąc do zmiany naszych zwyczajów żywieniowych, pragnie, by wszystko inne zostało po staremu. (...) Zwierzęta są traktowane jak rzeczy przede wszystkim nie dlatego, że ludzie mają głupie (nieracjonalne) zwyczaje, lecz dlatego, że są własnością prywatną (a pamiętamy, że jest ona święta), zaś najwyższą formą racjonalności kapitalizmu jest zysk. (...) Dlatego nie przypadkiem u Singera to właśnie k o n s u m p c j a (zmiana jadłospisu) zastępuje politykę - mamy tu do czynienia z ruchem, który z góry podporządkował się rozumowi rynku, którego konsumpcja jest sednem i najświętszym obowiązkiem, bo "nie ma innej alternatywy". (s. 85-86)
(Z cytaty wyciąłem przydługi fragment, mający stanowić w założeniu przykład na błądzenie Singera jako skrytokapitalistycznego reakcjonisty. Przykład dotyczył słabości argumentu za powszechnym wegetarianizmem z głodu na świecie, wynikającego z marnotrawienia roślinnych zasobów żywnościowych na produkcję mniej wydajnego energetycznie per saldo mięsa i nabiału. Sam zarzut wobec tego argumentu wydaje się być trafny, natomiast co to ma do rzeczy względem sedna problemu z Ruchem Wyzwolenia Zwierząt nie bardzo rozumiem.)
A zatem, twierdzi Masłoń, ruch wyzwolenia zwierząt nie jest ruchem politycznym, ponieważ nie uderza w podstawy panującego reżimu gospodarczego. Jest ruchem ideologii status quo. Zamiast znosić kapitalizm, dąży do zmiany wewnątrz systemu. Dlatego, jak się pisło, nie jest to ruch polityczny.
Cisną się liczne zarzuty.
1. Odnotowuję powyższe wnioskowanie jako groteskowy przykład na nietrafność intuicji Kingi Dunin w kwestii empatyczności lewicy. Dla Masłonia problem nie tkwi w niepotrzebnie (ale z zyskiem, i dlatego) reprodukowanym cierpieniu milionów zwierząt. Jego problem to forsowanie ideologii. Ma śmiałość oceniać ruch wyzwolenia zwierząt jako ruch obrony status quo i negować jego funkcję polityczną właśnie dlatego, że nie mieści się on w ramach przyjętego przez Masłonia ideologicznego obramowania. Gdzie jest ta, ponoć typowo lewacka, empatia w Masłoniowym kombinowaniu? Nie ma jej za grosz.
2. Masłoń, który po całości osądza ruch pro-animals jako "niepolityczny" bo nie antykapitalistyczny, wydaje się zupełnie nie rozumieć, ba!, nawet nie znać czegoś, o czym peroruje. Bo ruch wyzwolenia zwierząt to nie tylko i (dziś już nawet) nie przede wszystkim Singerowska "biblia pro-animalsiarza". To oddolny ruch oporu, walczący właśnie wbrew (a nie w myśl) rynkowej zasadzie, uznającej zwierzęta za własność. Dlatego właśnie ruch ten - którego najbardziej znanym radykalnym ramieniem jest siatka lokalnych grup direct action: Animal Liberation Front - nazywa się ruchem wyzwolenia zwierząt, nie zaś ruchem ich wykradania. Jak pisze tutaj Steven Best,

Animal liberation is the culmination of a vast historical learning process whereby human beings gradually realize that arguments justifying hierarchy, inequality, and discrimination of any kind are arbitrary, baseless, and fallacious. Moral progress occurs in the process of demystifying and deconstructing all myths - from ancient patriarchy and the divine right of kings to Social Darwinism and speciesism - that attempt to legitimate the domination of one group over another. Moral progress advances through the dynamic of replacing hierarchical visions with egalitarian visions and developing a broader and more inclusive ethical community. Having recognized the illogical and unjustifiable rationales used to oppress blacks, women, and other disadvantaged groups, society is beginning to grasp that speciesism is another unsubstantiated form of oppression and discrimination.
No właśnie, czy ruch abolicjonistyczny nie jest z założenia ruchem politycznym? Czy "być politycznym" znaczy po prostu "być antykapitalistycznym"? Jakie status quo zachować chce ruch Animal Liberation, skoro od fundamentów jest to ruch rewolucyjny, zmieniający (starający się zmieniać) stosunki społeczne na globalną skalę? Masłoń nie rozumie, że cele ruchu prozwierzęcego są po prostu odrębne względem celów szeroko rozumianej lewicy. Ruch wyzwolenia zwierząt nie traktuje zniesienia kapitalizmu jako własnej ziemi obiecanej. Ruch wyzwolenia zwierząt - proszę to sobie spróbować wyobrazić - dąży do wyzwolenia zwierząt, niczego innego, a spór z kapitalizmem rozpatruje (może rozpatrywać) jako mniej lub bardziej skuteczne narzędzie abolicjonistycznej rozpierduchy, albo nawet jako warunek możliwości tej ostatniej. Z perspektywy prozwierzęcego abolicjonisty Masłoń, który nie dąży do wyzwolenia zwierząt, a jedynie do zniesienia własności jest nie tylko niebezpiecznym utopistą, ale okazać się może jedynie apolitycznym apologetą status quo.
Masłoń osądza Singera jako ideologiczne koło zamachowe kapitalistycznej strategii: przecież Singer namawia do konsumowania! Konsumowania inaczej, ale jednak konsumowania! Reżim zaciera ręce, a Masłoń drwi z Singera, że dał się wciągnąć w promocję kapitału, że zamienił politykę na "zmianę jadłospisu". Ta drwina najwyraźniej sugeruje, że według Masłonia istnieje życie poza konsumpcją. Skoro tak, to nawet lepiej. Niech konsekwentnie postępuje tą drogą, a być może udowodni światu, że nie tylko nie trzeba zjadać świń, ale marchwi takoż, jestem za!

Że temat, na który pisze, zna Masłoń słabo i najpewniej nie przeczytał nawet istotniejszych tekstów opublikowanych po polsku, wychodzi na jaw także tu:
Prawa zwierząt nie są, ściśle rzecz biorąc, prawami zwierząt, ponieważ ich źródłem nie mogą być zwierzęta. Prawo nie jest czymś, co obiektywnie istnieje, lecz powstaje przez domaganie się go, a zatem skoro to ludzie domagają się praw dla zwierząt, są to właściwie prawa człowieka, nie zwierząt. (s. 87)
Truizm dotyczący nieobiektywnego charakteru prawa nie przeczy w żadnym razie możliwości posiadania praw przez zwierzęta. Co więcej, umowność jako fundament instytucji prawa gwarantuje zwierzętom ich posiadanie. Umówiliśmy się bowiem co do tego, że podstawowym warunkiem możliwości ustanowienia podmiotu prawa jest posiadanie przezeń interesów. Ostatecznie to ich łamanie jest przedmiotem zainteresowania instytucji prawa.
Co do niemożności domagania się przez zwierzęta własnych praw, to bez dokonywania szczególnych odkryć zauważę, że również niemowlęta i osoby psychicznie chore nie potrafią się domagać praw dla siebie, co, mam nadzieję, w oczach Masłonia nie przesądza o niczym szczególnym. Problematyka związana z ideą praw zwierząt omawiana jest szeroko w 18. zeszycie "Etyki" z 1980 roku.

Następna w kolejce do czytania stanęła Agata Czarnecka z tekstem pt. "Pornowegetarianizm". Tej autorce empatii akurat odmówić nie sposób. Empatii, ni zdolności analitycznych. Na pytanie, co to znaczy jeść mięso? odpowiada tak oto:
Seria niedostrzegalnych (czy raczej: nie dostrzeganych) decyzji poprzedzających zamówienie potrawki z królika, flaków czy steku obejmuje: pomysł na to, że to mi dobrze zrobi; decyzję, że argument, iż coś mi dobrze zrobi, uprawnia mnie do podjęcia działań na rzecz pozyskania tego czegoś; rozróżnienie gatunków (nawet człowiek-kanibal, jedząc innego człowieka, doskonale wie, co robi, i wiedza ta dodaje smaku potrawie, podobno samej z siebie raczej mdłej); ustawienie swojego gatunku wyżej i uzurpację władzy nad życiem i śmiercią innych gatunków; decyzję, żeby władzy tej użyć; decyzję, że ktoś to powinien zrobić za mnie, abym nie widział/a szeregu krwawych konsekwencji mojej własnej krwiożerczości; przyznanie władzy nad życiem zwierzęcia temu, kto bierze odpowiedzialność za jego śmierć. (s. 90)
Czarnecka cokolwiek bałamuci czytelnika, kiedy konstruuje klasyfikację wegetarian, wyszczególnia "wegetarian przeciwko chlewniom" (rozumiem, że chodzi o protest przeciw wielkim "fabrykom zwierząt", bo jeśli nie o to, to nie wiem o co, ale mniejsza z tym) i pisze o nich, co następuje: "wegetarianie tego typu zwykle nie mają nic przeciwko dziczyźnie lub rybom niehodowlanym" (s. 92). Krew się w człowieku burzy, kiedy czyta takie historie. Wegetarianizm według wiki to "rodzaj diety charakteryzujący się wyłączeniem z posiłków produktów pochodzenia mięsnego i ew. jaj lub nabiału z pobudek moralnych, etycznych bądź zdrowotnych". I może tego się trzymajmy, naprawdę. Bo za chwilę okaże się, że wszyscy bez wyjątku od dawna jesteśmy wegetarianami, tylko o tym nie wiedzieliśmy.
Poza powyższym kwiatem nie jest źle, w każdym razie nie sposób nie zgodzić się z tezą artykułu:
Popularne postawy wegetariańskie najczęściej rozpoznają jedną z dwóch form władzy - stanowią wyraz protestu albo wobec kaźni, skazywania zwierząt na śmierć, albo wobec przemysłu hodowlanego, skazywania zwierząt na przygotowane dla nich życie. Weganizm lub radykalne formy wegetarianizmu (jedzenie jajek wyłącznie z oznaczeniem "0", spożywanie wyrobów z mleka koziego lub owczego), zastosowane na szeroką skalę, wymagać będą radykalnej przemiany systemów żywienia i wraz z nimi całej gospodarki - bez tego mogłyby okazać się zgubne z punktu widzenia postępów sprawiedliwości społecznej. Niemniej jednak być może są jedyną szansą dekonstrukcji obu wektorów władzy nad zwierzętami, władzy nad śmiercią i władzy nad ich życiem. (s. 94)
W ostatniej części pracy autorka przenosi projekt wegetariańskiego bojkotu konsumenckiego na problem "przemysłu pornograficznego", który - tak jak przemysł mięsny i mleczarski - "prawie zawsze jest potężną machiną władzy i przemocy". Temat na oddzielne opracowanie, nie zaś na trójakapitowy ustęp, którego być może główną funkcją jest uzasadnienie dla mocnego estetycznie tytułu.

Kolejny tekst: Donna Haraway, "Zwierzęta laboratoryjne i ich ludzie". Czyta się to okropnie, jak wszystkie teksty amerykanów kopiujących francuską manierę w uprawianiu humanistyki. Po krótce: rzecz jest o wiwisekcji. Autorka stara się ustanowić nowy wzór relacji między ludźmi a zwierzętami laboratoryjnymi. Wedle tego wzoru zwierzęta traktowane mają być jako "pracujące podmioty" (s. 112). Laboranci nie wykorzystują wówczas zwierząt, ale ich "używają" i z nimi "pracują". Kategoria pracy, dowodzi Haraway, pozwala w nowy sposób spojrzeć na problem zadawania bólu, cierpienia i śmierci zwierzętom laboratoryjnym.
Podejrzewam, że większą szansę zbudowania odpowiedzialności za inne zwierzęta i wobec nich daje pogłębienie kategorii pracy niż kategorii praw, z ich nieodzownym uwikłaniem w podobieństwo, analogię, rachunek i honorowe członkostwo w rozszerzonej abstrakcji Człowieka. (...) Branie zwierząt poważnie jako pracowników (...) jest prawdopodobnie czymś nowym i może pozwoli nam zatrzymać maszyny do zabijania. (s. 105)
Kłopot polega na tym, że autorka zdaje się nie szukać drogi do powstrzymania "maszyn do zabijania". Szuka odpowiedzi na dużo mniej ambitne pytanie: "w jaki sposób wielogatunkowe praktyki pracy laboratoryjnej mogą być mniej zabójcze, mniej bolesne i bardziej nasycone wolnością dla wszystkich pracowników?" (s. 109) Szuka, szuka, i według mnie niczego sensownego nie odkrywa. Za to, zwyczajem większości mięsożernych humanistów troszczących się o interesy zwierząt bardziej, niż wegetarianie, podważa sens odrzucenia mięsa/nabiału z diety:
Jakkolwiek byśmy próbowali się odciąć od tego faktu, nie istnieje sposób życia, który nie pociągałby za sobą śmierci kogoś - nie tylko "czegoś". Weganie nie są od tego dalsi niż ktokolwiek inny, a ich wysiłek nastawiony na unikanie jedzenia lub ubierania się w produkty zwierzęce sprowadziłby większość zwierząt domowych do pozycji muzealnie chronionego dziedzictwa albo skazałby je na gatunkową i indywidualną zagładę. (s. 112)
A zatem: mało że prokapitalistyczny, utrzymujący status quo, to do tego działający wbrew interesom zwierząt! Jedzenie zwierząt jako forma troski o ich "gatunkowe i indywidualne" przetrwanie - to kocham! (W kolejnym zdaniu po cytowanych autorka dodaje: "Nie przeczę, że wegetarianizm, weganizm i sprzeciw wobec eksperymentów na czujących zwierzętach mogą być przekonującymi stanowiskami w obrębie feminizmu. Nie zgadzam się jednak, aby stanowiły feministyczny Dogmat". Rozumiem że spójność feministycznej tożsamości jest dla Haraway stawką znacznie wyższą, niż wgląd w jakość życia czujących istot.)
Następnie Krytyka podaje fragmenty książki Giorgio Agambena pt. "Otwarte" w tłumaczeniu Agaty Groszek. Książkę pewnie zrobię w całości (przygotowuje ją do wydania Universitas) i naonczas na jej temat wystąpię, więc tutaj, tak dla smaka, jednen krótki cyt:
Tylko dlatego, że coś takiego jak życie zwierzęce zostało wydzielone wewnątrz człowieka, że dystans i bliskość zwierzęcia zostały zmierzone i rozpoznane przede wszystkim w tym, co najbardziej intymne i własne, można przeciwstawić człowieka innym żywym istotom i jednocześnie stworzyć złożoną - i nie zawsze budującą - ekonomię relacji między ludźmi a zwierzętami.
(...) pytanie, w jaki sposób - wewnątrz człowieka - człowiek został oddzielony od nieczłowieka a zwierzę od tego, co ludzkie, jest bardziej palącym zadaniem niż zajmowanie stanowiska w wielkich debatach o rzekomych wartościach i prawach człowieka. (s. 125-126)
Edwin Bendyk w tekście pt. "Człowiek - tytan" pisze o poszerzaniu pola podmiotowości w obie strony, to jest w stronę przed-ludzkich zwierzęcości oraz post-ludzkich maszyn. Pisze o tym, bo pisać o tym trzeba, skoro "wydajność nowoczesnego, liberalnego dyskursu biopolitycznego, opartego na naukowo uzasadnionych normach określających status osoby i przysługujący jej zakres podmiotowości, załamuje się" (s. 140) I słusznie się załamuje. Dlatego "czas postawić pytanie o możliwość projektu politycznego, który umożliwiałby artykulację interesów nie tylko ludzi, lecz także podmiotów mających w dyskursie nowoczesnym status obiektów milczących" (s. 148). To jest pytanie z którym zmaga się Bruno Latour, rozwijając "projekt Polityk Natury, który polegałby na odnowieniu koncepcji demokracji przez jej otwarcie na artykulację innych, nie-ludzkich interesów" (s. 148).
Rozszerzenie kolektywu społecznego na nie-ludzkie obiekty nie ma polegać na tym, by zwierzęta, ludzie i roboty siedli przy jednym stole. Ma polegać na odnowieniu idei demokracji przedstawicielskiej, czyli umożliwieniu artykulacji interesów uczestników kolektywu przez reprezentantów zdolnych przedstawić historie swoich interesariuszy. (s. 148)
Jestem bardzo ciekaw, jak ten plan uzasadniany jest teoretycznie w książce Latoura, do której wydania szykuje się Krytyka Polityczna.
Temat poruszony przez Bendyka rusza następnie Maciej Gdula w tekście "Nie-ludzcy sojusznicy". Nie mam mu nic do zarzucenia, ale i nic szczególnie ważkiego do skomentowania, dlatego kończę, dziękując uprzejmie wszystkim doczytującym do tego miejsca i spadam przekąsić pajdę chleba z pasztetem z selera i pestek dyni, nagrodzonym laurem smarowidła roku 2008.

2 komentarze:

olga spaceage pisze...

Ze znacznie mniej analitycznego spojrzenia, ale jednak osoby, ktora ma do czynienia z badaniami zwierzat na codzien, moge napisac ze ten numer KP, mowiac cokolwiek jednak dyskryminujaco, "ssal". Ssal strasznie, poza esejem Bendyka, byla po prostu straszna. Wiem ze sympatycy Lacana i golnie frankofile tej materii, lubuja sie w porownaniach i nawiazaniach do nauk przyrodniczych ale Gdula, przytaczajac Zizka o ewolucji, caly swoj artykul osmiesza. Nie wspominajac o tekscie Haraway*, ktory poza belkotem mowil jedynie o niej i jej siostrach w marksizmie. A naprawde mialam nadzieje na cos co rozpocznie jakakolwiek nie tyle merytoryczna co powazna (w sensie "na poziomie") debate o graniach gatunku, ewnetualnych manipulacji genetycznych czy w koncu praw zwierzat, ale nawet jesli bardziej dobrostanie niz wyzwoleniu.

*mialam szczescie (?) streszczac ten tekst sasiadom ze stolika przy sniadaniu na jednym z warsztatow-mini koferencji, na ktorym byli samy ekolodzy (sensu stricte nie lato, z wyksztalceniem odpowiednim), wszyscy sluchali z niedowierzaniem, chociaz czesc z nich raczej mentalnie jest w Polscu moze Gierkowskiej, moze nawet Bierutowskiej, po czesci slusznie, jak wspomnialam, mnie tez to porazilo.

Anonimowy pisze...

Ksiązka Latoura jest niestety przez Krytykę fatalnie przełożona i zredagowana, ponadto nie waro moim zdaniem zaczynać lektury tego autora od tej ksiązki, a lepiej siegnąć chronologicznie dom "Laboratory life" i "science in action"
chętnie podyskutuje: lethe@poczta.onet.pl