poniedziałek, 26 stycznia 2009

Niedialogiczne autobusy i samoznośna nieomylność


"Dziennik" piórem Artura Ciechanowicza i "Wyborcza" Kingą Dunin - pewnie w ramach przygotowań do celebry Dnia Darwina - umówiły się na łykend w kwestii promocji ateizmu. Choć, tradycyjnie biegli w uczonej sztuce dialektycznej spekulacji, przedstawiciele obozu Urojonego Przeciwnika na takie coś jak "promocja ateizmu" zwyczajowo reagują wytknięciem języka. Tak też, jak w "Dzienniku" czytam, Unia Ateistów i Wolnomyślicieli Katalonii, organizator lokalnej kampanii Atheist Bus, poślizgnęła się na wytkniętym języku niejakiej Marii Casellas:
Ateiści nawet nie zdają sobie sprawy, jaką przysługę nam oddają, wydając pieniądze na swoje kampanie. Dzięki nim ci wszyscy zagonieni ludzie, którzy przemieszczają się między pracą a domem, przypominają sobie, że istnieje też coś poza tym. Zaczynają myśleć o Bogu - dodaje.
Nieważne, niech będzie że promo ateizmu przy pomocy jakiejś ponowoczesnej wersji cudownego przemienienia stało się promo religijności. W każdym razie dwa największe polskie dzienniki w swoich łykendowych wydaniach pomieściły teksty na wraży temat. W "Dzienniku" tekst na temat wyżej wzmiankowanej/zlinkowanej akcji angielskich ateuszy (pod bogobojnym patronatem Richarda Dawkinsa) oraz ich coraz liczniejszych kontynentalnych naśladowców. Poza cytowaną już panią Marią warto zwrócić uwagę na wypowiedź innego reprezentanta obozu UP na temat analogicznej inicjatywy - nie doszłej niestety do skutku - w Genui:
Gianfranco Calabrese, który w archidiecezji odpowiada za ewangelizację, pytany o przedsięwzięcie wzruszył ramionami. - Są metody, które promują dialog, inne karmią nietolerancję. Ta kampania do niczego nie doprowadzi, ponieważ chęć otwartej konfrontacji to zawsze przejaw nietolerancji - powiedział jednej z włoskich agencji prasowych.
Ależ ksiądz jest pesymista, tym lepiej przecież dla Projektu "Bóg Istnieje"! Niech ksiądz weźmie przykład z Pani Marii z Barcelony, niech przełoży swój defetyzm na jej optymizm! Przecież im groźniej ryczą ateiści, im bardziej zaczepne, prowokacyjne, bezczelne, obraźliwe są ich występy na Wszystkich Autobusach Świata, tym mocniej winien się jednoczyć wokół spraw podstawowych Kościół, nie tak? I taka uwaga: ateobusy nie mają, jak mi się wydaje, "promować dialog", jeno ateizm, bezbożność. (W tym też sensie jest to zdecydowanie przejaw "chęci otwartej konfrontacji". Tak to już jest z ateuszami i innymi masonami; nic ich nie bawi równie mocno, jak otwartość i sposobność konfrontowania różnych racyj.) Rozumiem, że z pewnej perspektywy samo to jest już grzechem śmiertelnym, dużo gorszym niż nietolerancja (od której UP poprzez dzieje skutecznie uchowuje swój lud). Ale, raz jeszcze, namawiam Pana Calabrese i wszystkich innych wstrząśniętych ale nie zmieszanych i dlatego święcie oburzonych: przyjmijcie godnie światopoglądowy pluralizm ulicy, są rzeczy gorsze na tym świecie niż publiczne wyrażanie zdania na jakikolwiek temat, w każdym razie jeśli wyrażanie to nie pociąga za sobą używania mowy nienawiści.

Na uwagę zasługuje, że papierowy tekst Ciechanowicza ukazał się pod tytułem "Święta wojna autobusowa". Tytuł tego samego tekstu w necie jest już dużo bardziej wyrazisty i ewangeliczny (w dosłownym sensie niesienia dobrej nowiny). Wojna autobusowa jest zakończona a jej werdykt więcej niż oczywisty.

Na mniej więcej ten sam temat, czyli komentując ateobusową prowokację mentalną, Kinga Dunin w "Wysokich Obcasach". Do napisania felietonu, jak sama pisze, natchnął ją komentarz kolejnego, tym razem rodzimego, urzędnika UP:
Z protekcjonalnym uśmieszkiem stwierdził, że ateiści są żałośni, ponieważ nic nie tworzą, reprezentują tylko pustkę. Święta prawda! Może nie tak zupełnie nic, ale w interesującym księdza obszarze rzeczywiście nic. Bogatej mitologii religijnej, której kulturowych i literackich walorów nie sposób odmówić, przeciwstawiają a-teizm. A-teizm. Ten przedrostek, mimo tego, co się tutaj często mówi, nie oznacza jakiegoś szczególnie negatywnego stosunku do Boga ani chęci zwalczania go, to nie anty-teizm. A-teizm oznacza brak zainteresowania z powodów oczywistych - żeby się czymś interesować, przedmiot tego zainteresowania musi istnieć w taki sposób, żeby mógł się zaczepić o niego nasz umysł. Bóg niepoznawalny jest równie nieinteresujący jak ten nieistniejący, to tylko dziura na nasze projekcje.
Pani Dunin prowokuje pierwszoklasowo. Niemniej okołoreligijną prowokacją tygodnia i tak ogłaszam dekret BXVI, który na mocy własnej nieomylności zakwestionował nieomylność JPII, przywracając na łono KK kilku czołowych lefebrystów i stojącą za nimi niczego sobie sporą sekcinę. I tak, po raz kolejny w dziejach, najtęższe głowy reprezentujące zaświaty na tym padole, niezbicie dowiodły istnienia Najdoskonalszego Istnienia. Dowód ten znany jest czytelnikom "nie samym tofu..." od czasu nachylenia się nad ankietą "Europy" w sprawie wiary, a w niej nad głosem profesora Baumana. Leci on (argument, nie głos) mniej więcej tak: im coś jest bardziej absurdalne, tym bardziej godne wiary, amen. Dzięki Bogu za Tertuliana, on wszystko wyjaśnia.

2 komentarze:

gzyra pisze...

Ciekawy blog, będę się tu wściubiał regularnie, o ile będę miał regularnie w co. :-)

rebus pisze...

dzięki uprzejme za ciekawskość ;-) postaram się sprostać regularnościowo, do zobaczenia/przeczytania/napisania tu czy tam