środa, 4 lutego 2009

Agonizm, idioto!


Nie wiadomo do końca, co lewicowego przewodzi Paktofonika (zwłaszcza, że chłopaki są totalnie indyferentni politycznie, co sprawdziłem na własne ucho na kaliskim spotkaniu z bohaterami i autorem książki), za to kolejny (chronologicznie wcześniejszy) "Przewodnik Krytyki Politycznej" autorstwa Chantal Mouffe pt. "Polityczność" w przekładzie Joanny Erbel przewodzi dość jasne idee, transmituje wyraźny przekaz, choć i jego lewicowość jest w pewnych partiach tekstu nie dość oczywista. Ale od początku.

Mouffe jest jedną z twarzy lewicowej apologii politycznego konfliktu, który - w mniemaniu jego stronników - ma moc reanimacji demokracji, wypłukiwanej efektywnie przez dominujący dziś (także w Polsce w wykonaniu PO) model uprawiania polityki. Cechuje się on zacieraniem różnic ideologicznych - zacieraniem klasycznego podziału na lewicę i prawicę - oraz ustanawianiem na tym miejscu władzy technokratyczno-eksperckich rządów. Polityka zawsze ma swój "stronniczy" wymiar - ludzie nie będą się interesować polityką, jeśli zabraknie możliwości wyboru między partiami oferującymi rzeczywiste alternatywy. Właśnie tego brakuje we współczesnym uwielbieniu dla demokratycznej "bezstronności". (s. 44)

Symptomem (a być może także i warunkiem możliwości) odideologicznienia i utechnokratycznienia władzy jest wytrącenie elementu emocjonalności z fundującego ją dyskursu. Tymczasem dobrze funkcjonująca demokracja wymaga ścierania się prawomocnych, demokratycznych stanowisk politycznych. Na tym właśnie ma polegać konfrontacja między lewicą a prawicą. Powinna ona być źródłem zbiorowych form identyfikacji zdolnych mobilizować polityczne namiętności. (s. 45) Nie ma demokracji bez konfliktu, a tego ostatniego bez zaangażowania emocji na potrzeby intersubiektywnej wymiany fundujących postawy społeczne idei. I dlatego jaśnie nam panująca "polityka miłości" jest efektywnym narzędziem cynicznego rozporządzania zdobytą władzą, ale jednocześnie, w szerszym kontekście, destabilizuje projekt demokratyczny, fundujący władzę. Dlaczego destabilizuje? Bo zaciera różnice ideowe uwewnętrznione w podmiotach ją (władzę) stanowiących. A zacierając te różnice obiera politykę z emocji. A obierając ją z emocji - odbiera jej społeczną atrakcyjność. A odbierając atrakcyjność - ogranicza, a nie poszerza, siłę mandatu do sprawowania władzy w imieniu suwerena.
Skoro między partiami nie ma fundamentalnej różnicy, będą starały się sprzedać swoje produkty za pomocą zmyślonego marketingu i agencji reklamowych. Skutkiem będzie rosnące rozczarowanie polityką i drastyczny spadek uczestnictwa w wyborach. Jak długo potrwa, zanim obywatele zupełnie stracą wiarę w proces demokratyczny? (s. 79)
Niepokojona i niepokojąca tą perspektywą Mouffe woła o konflikt, spolaryzowanie stanowisk, o powrót ideologii i odwołanie technologii z urzędu Pierwszego Projektanta Praktyki Władania.

Pomysł na to, jak ów konflikt bezpiecznie acz efektywnie przywrócić na łono polityki, jest zasadniczym tematem pomarańczowej książeczki. Bezpiecznie - znaczy bez popadania w nagą przemoc (za jaką obstawał mocno inspirujący Mouffe i jej polskiego wydawcę Carl Schmitt).
Pomysł ten jest względnie prosty i czytelny (dzięki czemu pomarańczowa książeczka jest książeczką właśnie, nie zaś opasłym tomiszczem):
Jeśli chcemy pogodzić nieredukowalną trwałość antagonistycznego wymiaru konfliktu z jednej strony, z możliwością jego "poskromienia" z drugiej, musimy wprowadzić tzreci typ relacji, który proponuję nazwać "agonizmem". Podczas gdy antagonizm jest typem relacji my/oni, charakteryzującej się tym, że strony są wrogami, którzy nie dzielą punktów odniesienia, agonizm jest relacją my/oni, w której z kolei strony, będąc świadome niemożliwości zaistnienia racjonalnego rozwiązania dzielącego je konfliktu, uznają jednocześnie prawomocność swoich przeciwników. Są dla siebie "przeciwnikami", a nie wrogami. Oznacza to również, że mimo konfliktu strony postrzegają siebie jako przynależne do tego samego zrzeszenia politycznego, jako dzielące to samo uniwersum symboliczne. (s. 35)
Antagonistyczne rozróżnienie my/oni kreuje wrogów (i wrogość), agniczne rozróżnienie my/oni kreuje zaś przeciwników. Przeciwnik to ktoś, z kim nie sposób zgodzić się co do pomysłów na projektowanie wspólnego świata (bo różnice ideologiczne, jakie nas różnią, nie mają rozumnych podstaw; angażując emocje wzmacniają irracjonalną nogę polityki), ale z kim można (a zatem trzeba) dogadać się co do warunków, w jakich prowadzi się spór o tego świata kształt. A skoro można się z nim dogadać, znaczy to, że uznaje się jego podmiotowość. Uznanie podmiotowości oponenta różnicuje wroga i przeciwnika (mam wrażenie, że inspirujący Mouffe Schmitt miał na ten temat zupełnie inny pomysł, ale niech ta). Czy można jeszcze coś ważnego w tej materii powiedzieć? Można powiedzieć, że zadaniem demokracji jest właśnie przekształcanie relacji antagonistycznych w agoniczne. (s. 36)

Potem Mouffe rozprawia się z teoretykami, którzy nie dostrzegają antagonistycznego jądra demokratycznego stanowienia porządku, albo dostrzegając je pracują na rzecz jego destrukcji, bezwiednie pracując tym samym na rzecz destrukcji samej demokracji. Dostaje się głównie Giddensowi za "trzecią drogę" i Beckowi za "subpolitykę", także Hardtowi/Negriemu za "Imperium" i multitude.

Jeszcze dalej idzie o moralność jako narzędzie uprawiania polityki. Dokładniej: o zastąpienie rejestru ideologii rejestrem moralności w uprawianiu politycznej debaty. To, według Mouffe, obok strategii zacierania różnic ideowych i zastępowania ich dyskursem eksperckim, najpoważniejsze niebezpieczeństwo dla demokracji. O co chodzi? Mówiąc krótko, chodzi o wszelkiej miary "ludzi honoru" i "małych ludzi", "cywilizacje życia" i "osie zła", o moralne stygmatyzowanie oponentów (i sygnowanych przez nich projektów politycznych), wydatnie przyczyniające się do wypychania ich poza nawias debaty publicznej.
Gdy polityka jest odgrywana w rejestrze moralności, antagonizm nie może przybrać agonicznej postaci. Właśnie gdy przeciwnicy są definiowani nie na gruncie politycznym, lecz moralnym, nie mogą być postrzegani jako "przeciwnicy", ale tylko jako "wrogowie". "Źli oni" nie nadają się do agonicznej debaty i muszą zostać wytępieni. (s. 92)
Takie rozpoznanie jest w Polsce dość świeżej daty, dokonało się w czasach świetności tzw. IV RP i w jego wyniku do głosu doszły rozmaite perspektywy interpretacyjne, które trą się dziś aż miło, przełamując hegemonię ideologiczną gospodarczego neoliberalizmu i jego kulturowej nadbudowy.

Ostatnia część tekstu Mouffe dotyczy przełożenia idei agonizmu na politykę globalną. Autorka rozpoznaje postpolityczny charakter perspektywy kosmopolitycznej i poddaje ją krytyce:
Wdrożenie kosmopolitycznego porządku, niezależnie od tego w jakiej występuje on postaci, zakończy się nałożeniem na cały świat jednego, liberalno-demokratycznego modelu. W istocie oznacza to poddanie większej liczby ludzi pod kontrolę Zachodu, podpierając się stwierdzeniem, że ten model jest najlepiej przystosowany do wdrożenia praw człowieka i uniwersalnych wartości. I (...) spowoduje to pojawienie się silnego oporu i niebezpiecznych antagonizmów. (s. 121)
Nie bardzo wiadomo z lektury, skąd wiedza autorki na temat kosmopolitycznego determinizmu, zmierzającego jednokierunkowo w okowy "jednego, liberalno-demokratycznego modelu". Nie wiadomo też za bardzo, co złego jest w powszechności emancypacyjnych procesów, zmierzających do "wdrożenia praw człowieka i uniwersalnych wartości". Najwyraźniej w słowach Mouffe po raz kolejny dochodzi do głosu pewna forma etnocentryzmu i faworyzowania różnorodności kulturowej względem szczęśliwie przysługujących nam (wciąż jeszcze tylko) regionalnie podstawowych praw. Być może moje wątpliwości nie znajdują pokrycia w poglądach Mouffe, problem na tym polega, że nie mogą być one uznane za bezpodstawne na mocy lektury "Polityczności", zbyt wiele łatwo wyrażanych sądów i opinii krytycznych względem uniwersalistycznej strategii kosmopolityzmu, zbyt powierzchowne potraktowanie lansowanego przez autorkę modelu alternatywnego. Należy (...) koniecznie zrezygnować z iluzji zjednoczonego świata i działać w kierunku ustanowienia wielobiegunowego porządku światowego. (s. 134). Ale konkretnie o co chodzi? Czy "iluzja zjednoczonego świata" obejmuje, zdaniem Mouffe, globalnie powszechne szkolnictwo, emancypację podmiotów różnego typu szowinizmów? Świeckość prawa stanowi element takiej iluzji? A prawa zwierząt? Czy przysługiwać mogą (o ile kiedyś zostaną wywalczone) jedynie europejskim krowom i świniom? Czy "wielobiegunowy porządek światowy" to pomysł na "szacunek dla różnic kulturowych" nawet wtedy, gdy pewne elementy tych kultur - w imię uniwersalnych wartości - na żaden szacunek nie zasługują? Jest pewien ustęp "Boga urojonego", któren pasuje mi tu jak nic innego:
nieustannie stykamy się (...) [ze] skłonnością do fascynacji odmiennością etnicznych wierzeń i obyczajów, a ta obejmuje również usprawiedliwienie popełnianych w ich imieniu zbrodni. Postawa wielu skądinąd światłych i dobrych liberałów bywa w tym momencie iście schizofreniczna. Z jednej strony nie można przecież akceptować cierpienia i przemocy, z drugiej zaś postmodernistyczne i relatywistyczne przekonania nakazują szacunek dla innych kultur nie mniejszy niż dla własnej. Zabieg kliteroktomii jest, co nie ulega najmniejszej wątpliwości, potwornie bolesny i sprawia, że kobieta przestaje odczuwać przyjemność seksualną (w zasadzie głównie o to w nim chodzi). Myślę, że z połowa oświeconych, przyzwoitych ludzi o liberalnych poglądach chciałaby zakazania tego procederu. Druga połowa jednakże, z "szacunku" dla obcych kultur uważa, że nie powinniśmy się wtrącać, kiedy "oni" chcą okaleczać "swoje" dziewczęta. Problem jednak w tym, że zapominamy, iż te "ich" dziewczęta są w rzeczywistości "swoimi" dziewczętami, których własnych pragnień nie powinniśmy ignorować. (Richard Dawkins, Bóg urojony, Przeł. P. J. Szwajcer, Wyd. CiS, Warszawa 2007, s. 439)
To, to, to właśnie! Mouffe nie kupuje racji za obroną liberalnej demokracji, praw człowieka, uniwersalnych wartości, jakie wysuwają rzecznicy ich transmisji hen, w szeroki świat. Chodzi przecież o to, że nie dlatego demokracja liberalna czy prawa człowieka są fajne, bo są nasze, ale dlatego, że stanową w kupie zbiór narzędzi niwelujących z życia społecznego teoretyczne podstawy dla rozmaitych paskudztw tego świata, typu przemoc fizyczna, dyskryminacja, szowinizm, gwałt, nędza, niewolnictwo. Każdy głos podważający sensowność globalizacji i uniwersalizacji ideowych zdobyczy liberalnego Zachodu, choćby najbardziej subtelny (a głos Mouffe nie należy raczej do takich, bo trudno o subtelność kiedy swój koncept przedstawia się po przysłowiowych łebkach), ciąży ku relatywistycznemu pomysłowi na równofajność wszystkich bez wyjątku koncepcji życia społecznego. Nie wiem czy to jest specjalnie lewicowe. Jeśli tak, to mam w tym miejscu ewidentny lewicowy brak.

2 komentarze:

mirou pisze...

co do PO to rzeczywiście "partia bez poglądów", lub, jak to rzeczowo kiedyś w tvn24 określił jeden z ojców założycieli PO, pan chlebowski, partia ludzi z wadą wymowy to partia zrzeszająca jednostki o różnych poglądach. to już giertych był lepszy (wtedy, te 2 lata wstecz).

AniaD. pisze...

właśnie po lekturze pomarańczowej książeczki... jeszcze tylko obeznać wnikliwiej Habermasa, Giddensa itd., ale jaśniej i krytyczniej w głowie po przeczytaniu "blogerskiej interpretacji"..dziękować:-)