czwartek, 12 lutego 2009

Karol - kreacjonistom


Jeśli dziś 12 lutego to mamy Darwin Day! Świąteczny nastrój od samego rana. Z córką, która byczy się "chorując" na stan podgorączkowy, zjedliśmy świąteczne śniadanie (parówy sojowe na gorąco z razowcem i - opcjonalnie - musztardą), po śniadaniu toast wznieśliśmy, ona napojem typu herbata na zimno, ja winem czerwonym z dość niskiej półki (co miało symbolizować przywiązanie do teorii o pochodzeniu wyższych gatunków win od gatunków niższych). Zamiast tortu - gorzka czekolada. Gorzka czekolada, jak wiadomo jej zwolennikom (w tym słodyczożernym weganom), nie jest w sumie taka gorzka jak by się wydawało przed skosztowaniem pierwszej w życiu kostki. I to, rzecz jasna, także ma znaczenie symboliczne.

Tak, proszę Czytelnika, od rana rodzinnie celebrujemy Najbardziej Niedocenione Święto Roku. Celebrę przeciągam z rodzinnego sioła na bloga. Tutaj zaś pragnę złożyć wszystkim czytelnikom i nie czytelnikom, zwolennikom ewolucjonizmu i ich oponentom, życzenia miłego dnia, Dnia Darwina. Dla ostatniej z wymienionych w poprzednim zdaniu podgrupy homo sapiens mam też okazjonalny prezencik: kilka niczego sobie dowcipnych fakcików, wyjętych z biografii Karola Darwina, po którą - także celebrystycznie - sięgnąłem z półki (Karol Darwin, Dzieła wybrane, tom VIII, Warszawa 1960). Fakciki te mogą posłużyć - po poddaniu ich odpowiedniej obróbce ideologiczno-ekwilibrystycznej - jako budulec dla argumentów znoszących teorię wyłożoną w "O powstawaniu gatunków". Nie wiem, czy się uda, ale kto nie próbuje ten nie daje rady. W każdym razie voila, oto słabe punkty w życiorysie Największego Destruktora Wielkiej Opowieści!

1. Muszę się (...) przyznać - z musu przyznaje się Darwin - iż jako mały chłopiec byłem bardzo skłonny do komponowania różnych zmyślonych historii, i to zawsze dla wywołania sensacji. (s. 4) Ha! Czego chcieć więcej! Przecież to prawie to samo, co powiedzieć: "przyznaję, że z lubością łgam przez całe swoje życie i nic, co wymyśliłem, nie trzyma się faktograficznej kupy!" Darwin leży już i kwiczy, wystarczy sprawnym ruchem buta dobić (chyba, że, mając na uwadze ogrom oddarwinowskiej podłości i sromoty, uznajemy konieczność odbycia przezeń pokuty, zadanej pod postacią powolnego i długotrwałego konania). Przecież każden psychol czy tam pedagog wie, że czym skorupka za młodu i tak dalej. "Dla wywołania sensacji" plótł mały Karolek kociopoły rodzicom! Stary już Karol "zmyślonymi historiami" bulwersował naiwny i dobroduszny świat również jedynie "dla wywołania sensacji"! Egocentryk i skandalista, zakompleksiony fantasta i zbereźnik. Czego trzeba więcej, by zrozumieć ponuro żartobliwy charakter tej niby-naukowej teorii?

2. Ojciec powiedział mi raz, ku mojemu głębokiemu upokorzeniu: "nic cię nie obchodzi poza strzelaniem, psami i łapaniem szczurów, wstyd przynosisz sobie i całej rodzinie". (s. 7) Wstyd! Wstyd! Wstyd! Nie trzeba Freuda, Lacana ni Żiżka, coby wejrzeć w psychopatologiczny fundament twórczości Darwina. Czy jego upodobanie do wymyślania idiotyzmów (którego kompensacyjna funkcja jest jasna jak Najwyższa Jasnota) nie wiąże się bezpośrednio z poczuciem upokorzenia ze strony ojca? Może nie, ale może a i owszem, warto sprawdzić tę hipotezę za pomocą interdyscyplinarnego instrumentarium będącego na wyposażeniu każdego postmodernistycznego warsztatu krytyczno-kliniczno-historycznego.

3. Fantasta? Oczywiście. Łgarz? W rzeczy samej. Neurotyk? Nie inaczej. Do tego rozpustnik i rozrzutnik!
Jakkolwiek mój pobyt w Cambridge miał (...) jaśniejsze strony, czas ten był dla mnie na nieszczęście zmarnowany, a nawet gorzej niż zmarnowany. Moja pasja strzelecka i myśliwska, a gdy tego czasem zabrakło - zamiłowanie do konnych wycieczek, pchnęły mnie w grono sportowców, w którym było sporo hulaszczej i ograniczonej młodzieży. Często wieczorem jadaliśmy razem obiad (...); niekiedy piliśmy za dużo, podśpiewywaliśmy wesoło, graliśmy w karty. Wiem, że powinienem się wstydzić tak spędzanych dni i wieczorów; ponieważ jednak niektórzy z moich przyjaciół byli bardzo sympatyczni i nastrój był nieraz bardzo miły, wspominam te czasy z wielką przyjemnością. (s. 27)
No właśnie: wie, że powinien się wstydzić, ale się nie wstydzi, a wręcz przeciwnie! Bezwstydnik i ladaco, bez dwóch zdań. Zwracam uwagę na dwa detale. Detal 1: Darwin - fantasta i neurotyk - popada "w grono sportowców". Niby nic, a jednak. Czy nie wtedy - w czas fascynacji sprawnością fizyczną, której wzorem skacząca niedościgle małpa - zagnieżdża się w karolej głowie ów podstępny i zwodniczy wirus, który po latach przeistoczy się w "O pochodzeniu człowieka"? Detal 2: Darwin i jego szemrana kompania obiady zwykli jadać wieczorem. Czy może coś dobrego pochodzić od podobnych abnegatów?
Och, gdybyż w czas studiów, miast sprzeniewierzania ojcowizny, skupił się młody Darwin na uczciwej i sumiennej nauce, może zaniechałby niebezpiecznej zabawy dziecka zapałkami, wprowadzającej chaos w odwieczny porządek? A tak mamy bigos i klops, i ktoś tę małpę musi zjeść!

4. Najlepsze... ups, pardon... oczywiście najgorsze dopiero przed nami! Oto bezwstydnie przyznaje się Darwin: w czas studenckiej demoralizacji wynajmowałem chłopców z chóru, aby śpiewali u mnie w pokoju. Śpiewali? Ciekawym, po co Darwinu śpiewanie "chłopców", skoro już w kolejnym zdaniu Autobiografii czytamy: jestem tak całkowicie pozbawiony słuchu, że nie umiem poznać dysonansu ani też poprawnie i do taktu coś zanucić; jest dla mnie tajemnicą, w jaki sposób muzyka mogła mi sprawiać tyle przyjemności. (s. 28) Tajemnicą jest dla niego?!? Bezwstydny sodomita! Zabawia się z bezbronnym czytelnikiem snując sugestie i fantazje! Ucho drewniane przyjmuje w domu "chłopców z chóru". Po cóż, pytam się? Po cóż? Biedni chłopcy, biedny ojciec, co na własnej piersi uhodował taką potworność, biedny świat, co z potwornością oną - z bezeceństwami przez jej grzeszne fantazje stworzonymi - po dziś dzień musi się zmagać!

5. W kolejnym akapicie czytamy o zatruciu Darwina jadem chrząszcza, którego trzymał - z braku wolnych rąk, pozajmowanych niewoleniem kolejnych nieszczęsnych żyjątek - w ustach; wtedy wytrysnął on niezwykle ostrą ciecz, która tak piekła mnie w język, że musiałem go wypluć. (s. 28) Po pierwsze: kto normalny traci czas na zbieranie po chaszczach chrząszczy czy innego paskudztwa? O czym może świadczyć tego typu zboczenie? Po wtóre: "ostra ciecz", co piekła Karola w język - czy to nie ten sam roztwór, który truje ludzkie umysły darwinowską wydzieliną? Infekcja trwa i przenosi się poprzez pokolenia. Bojaźń, trwoga i drżenie.

6. Fantastyczna teoria Darwina pochodzi z niepospolitej nienawiści jej autora do Boga. Dowód na nią znajdujemy również w Autobiografii. To Darwin, nie Dawkins, pierwszy uderzył w podstawę Królestwa Bożego na Ziemi, postulując diaboliczne majstrowanie w niewinnych główkach dzieci. Jest napisane: Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Tylko Darwin li Dawkins wcielony może stawać na drodze dzielącej niewinne od Niewinnego!
Nie możemy też przeoczyć możliwości ciągłego wszczepiania wiary w Boga w umysły dzieci, co wywiera tak silny i prawdopodobnie dziedziczny wpływ na ich mózg niezupełnie jeszcze rozwinięty, że tak samo trudno im odrzucić wiarę w Boga, jak małpie trudno jest pozbyć się instynktownego strachu i nienawiści do węża. (s. 47)
Istnie szatańska przebiegłość! Diabelski spryt! Bóg - Dziecko / Małpa - Wąż, żadne słowo nie jest tu przypadkowe, każde ma głęboko duchowy, metaforyczny sens. O nie, Darwin nie jest pospolitym głuptasem! Jego robota knuta jest przebiegle i - mając na względzie przaśną przeciętność jego intelektualnego uposażenia - nie od niego samego pochodzi. Fantasta, hulaka, kłamca, sodomita, łapacz szczurów, wyznawca małpiego rodzaju - czarci zaprzedaniec, bez dwóch zdań! Cóż za naiwność hrabiego Stanhope, któren to miał ponoć zapytać Darwina: Dlaczego nie porzuci pan tych geologicznych i zoologicznych hocków-klocków i nie zwróci się pan do wiedzy tajemnej? (s. 58) Otóż właśnie poprzez owe "hocki klocki" zbój ten, Darwin, cały był zwrócony ku wiedzy tajemnej, ponurej i złej! Ten szatan w angielskiej skórze nie powiedział w całym swym życiu słowa Prawdy, ni sylaby nawet, z której słowo takie można by było skumpletować! A ilu baranów polazło za tą owcą czarną a podłą, któż to zliczy?

7. Sprawia mi trudność jasne i ścisłe wyrażanie się. (s. 74) Łgarstwo! To nie trudność! To metoda przebiegłego szczura, węża, małpiszona! To środek do wniwecz obracania wszystkiego, co da się wniwecz obrócić! A jeżeli nie, to tym gorzej dla Darwina. Znaczy, że nie wyraża się jasno i ściśle, skąd tedy mamy wiedzieć, o co się jemu rozchodziło z całym tym, pożal się Boże, doborem naturalnym?

8. Stary Darwin skarży się na godny pożałowania zanik wyższego odczucia estetycznego. (s. 75) Nie mam już czasu wyjaśniać, jak to się mieć może do całokształtu "dzieła" tego fantasty, neurotyka i szatanisty. I o czym takie coś w ogóle zaświadcza. Bardzo proszę samemu dorobić temu cytatu odpowiednie uszy.

Koniec prezentów, mam nadzieję, że coś z powyższej listy przyda się do szerzenia zbożnego dzieła. Za resztę przepraszam. Powodzenia!

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

A czemu nic nowego nie ma? Już miesiąc minął prawie. Już miesiąc minął, śniegi stopiły. I coś tam klaszcze za borem. Pewnie mnie czeka mój Filon miły. Pod umówionym jaworem, ho-ho ho-ho. To byłem ja, Le Funky.

rebus pisze...

wielkie stado zobowiązań nie daje kolejnych not kreślić w spokoju ducha. nadganiam i już wkrótce świeże tofu speszjali for Ju! ;-) Pozdrawiam

Anekh pisze...

Sory że komentarz już trochę nie na czasie ale tak żem się uśmiała nad tym Darwinem że lepiej późno niż wcale :)

rebus pisze...

a dziękować, madmułazel, i powodzenia w bloggerstwie ;-)

jo pisze...

Czekamy, czekamy na nowości... PozdrAVIAm!