wtorek, 3 lutego 2009

Wąskie gardło "Fenotypu Rozszerzonego"


Możecie nie przeczytać żadnej innej mojej książki, ale tę przeczytajcie koniecznie - taki nakaz przywołuje do lektury "Fenotypu rozszerzonego" Richarda Dawkinsa na tylnej okładce wymienionego przed paroma słowami tomu. A że jam Ci dawkinsiarz skończony nie trzeba mnie było do lektury ciągnąć wołami. I ta okoliczność, że rzecz skierowana jest w głównej mierze do Dawkinsa kolegów po fachu, nie tylko mnie nie zniechęciła, ale wręcz dodatkowo zmobilizowała, podgrzewając niezdrowo ambicję. No bo że co? Że niby ja nie wyciągnę z lekturki oczekiwanego pożytku poznawczego? Jeśli nie ja, to kto?
No i dałem się wpuścić w lekturę beznadziejną. Niech będą dzięki Bogu Urojonemu, że traf szczęśliwy nie podsunął mi "Fenotypu rozszerzonego" jako pierwszej książki Dawkinsa, którą byłem przeczytałem! Za nic w świecie nie dałbym sobie wmówić naonczas, że "Samolubny gen" czy "Rozplatając tęczę" to rzeczy warte uwagi! Dajcie Wy spokój, jakem ja się umęczył pod oksfordzkim biologiem w jego (bynajmniej nie popularno-) naukowym wcieleniu. Zbyt dużą część objętości tekstu dyskutuje z podobnymi sobie specami od chromosomów Y świergotka łąkowego i innych bezeceństw; dyskutuje z nimi na takim poziomie specjalistycznej rozkminy, że zdolność czytania ze zrozumieniem człowieka nie z tej sekty, choćby się on starał i skupiał na potęgę, musi popaść w ruinę wcześniej czy później. W moim przypadku zazwyczaj było to niestety wcześniej.

Dla wynagrodzenia trudów lektury upartego jak osioł czytelnika, co czyta wytrwale, choć już dawno nic nie rozumie, kilka ostatnich rozdziałów książki przynosi wreszcie jako taki poznawczy pożytek. Tam właśnie Dawkins serwuje w wersji "laik friendly" swoją teorię tytułowego fenotypu rozszerzonego. W skrócie idzie temu Dawkinsu o to, że fenotypowe konsekwencje genotypowych oddziaływań sięgają/mogą sięgać daleko dalej niż do granic ciała osobnika, któren stanowi "obudowę" (albo też, jak industral-poetycko rzecz ujmuje Autor, maszynę do propagacji replikatorów) tego właśnie genotypu. Innymi słowy, genotyp nie tylko może "wymuszać" kolor oczu, umaszczenia czy inne cechy fenotypowe własnego organizmu, może też determinować pewne zachowania organizmu, których efektem jest reorganizacja środowiska życia (czego dobrym przykładem bóbr i jego tamy), a nawet efektywnie wpływać na cechy fenotypowe tudzież behawior innych organizmów. Przykładów na takie poszerzenie pola walki o wyższą wartość replikacji podaje Dawkins kilka, a każden ciekawszy od pozostałych. Taka, dajmy na to, przywra, pasożytująca na ślimaku i wymuszająca dla własnego replikacyjnego interesu (wbrew analogicznemu interesowi ślimaka) zwiększenie grubości ślimaczej muszli. Albo kiełże zarażone larwami kolcogłowa, które zachowują się nie tak, jak nakazywałby interes nosiciela, ale wręcz przeciwnie, czyli wbrew swoim interesom na rzecz interesów pasożyta. Albo samce myszy (a może szczura? już nie pamiętam, sorry), które za pomocą odpowiednich feromonów działają na ciężarne samice w sposób doprowadzający je do poronienia. Albo, wreszcie, wirus grypy, który - całkiem być może - wymusza na mnie kichanie celem własnego propagowania się. No, sporo jest tego do prześledzenia, zaś konkluzja całej rzeczy może wyglądać następująco:
Geny wpływają na białka, które z kolei wpływają na X, które wpływa na Y, które wpływa na Z, które... wpływa na interesującą nas cehcę fenotypową. Ale w tradycyjnej genetyce X, Y i Z muszą być zamknięte wewnątrz ciała osobnika. Rozszezrona genetyka dostrzega arbitralność tej decyzji i podąża za X, Y, Z także wtedy, kiedy ich wpływy przechodzą z jednego ciała do drugiego. (s. 292)
Dawkins wieści zatem niezły misz-masz, totalny mix związków zależności między sumą istniejących genotypów a sumą efektów fenotypowych w postaci ciał i zachowań wszelkiej maści żywych organizmów. Według tradycyjnej genetyki ten związek jest dużo prostszy i ogranicza się do relacji wynikania między genotypem X a fenotypem X. Dawkins dostrzega tu arbitralność i, przekraczając ją, konstruuje niezwykle skomplikowaną siatkę relacji między genami a ciałami/zachowaniami. Myślę - pisze - że niemal każda cecha fenotypowa nosi ślady kompromisu między oddziaływaniem replikatorów wewnętrznych i zewnętrznych. (s. 310)

Broniąc (...) doktryny rozszerzonego fenotypu replikatora, starałem się podważyć zaufanie czytelnika do poglądu traktującego organizm jako jednostkę odnoszącą korzyści z powstawania przystosowań. (s. 311) I w drugą manię: mam wrażenie, że sama koncepcja fenotypu rozszerzonego była możliwa do wyartykułowania jedynie dzięki odrzuceniu tej perspektywy, w której to organizm/osobnik jest pierwszorzędnym beneficjentem doboru naturalnego. Jak tu i ówdzie wiadomo, Dawkins zwalcza staroświecki pogląd na prymarne ewolucyjnie znaczenie osobnika jeszcze bardziej zaciekle, niż Pana Boga. W każdym razie, moje osobiste zaufanie do ewolucyjnego "osobnikowizmu" skutecznie zostało podważone już podczas robienia "Samolubnego genu", a z "Fenotypu rozszerzonego" wyniosłem wyobrażenie o dalekich konsekwencjach genocentrycznego przewrotu na gruncie biologii ewolucyjnej. I dlatego lektura tej książki to, mimo wszystko, jednak dobry interesik był. Choć wersja popularnonaukowa naprawdę mogłaby się zamknąć w jednej piątej objętości całości.

Brak komentarzy: