niedziela, 26 kwietnia 2009

Dawkins konieczny, Bóg urojony


Jakiś czas temu jedna z lewicowych www.redakcji zamówiła mój występ na temat "Boga urojonego". Tekst nie został jednak wykorzystany; nie wiem, czy ze względu na obsuwę czasową, z jaką go wysłałem, czy z jakichś innych względów, redakcja nie zdecydowała się odpowiedzieć na zapytanie. Tekst wklejam zatem tutaj (wszędzie dobrze, ale w tofu najlepiej).




Ponoć nie ma w dzisiejszej Polsce dobrej ziemi na uprawianie ateizmu, a Polacy ssą wiarę w Boga z mlekiem matki. Takie jest naturalne prawo i szczęśliwe fatum tej ziemi. Ponoć próby zaszczepienia na zdrowej tkance narodu chorej wiary w niewiarę nie mają prawa się powieść, dopóki dwa plus dwa jest cztery, co podał do wierzenia Robert Krasowski. „Ateizm – pisał niedawno w „Europie” - modna do niedawna wiara, że poza przyrodą nie ma nic, że każdy z nas zwiędnie kiedyś jak liść, a sensu tego procesu nie warto nawet dociekać, w Polsce się nie przyjęła.”

Wiara w niewiarę wniwecz się obróciła, gdy padły trzy „bastiony sprzeciwu wobec religii”: antyreligijne szyderstwo Oświecenia, mimikra nauki pozującej na nowy świecki Absolut („rozum naukowy okazał się niezdolny do konkurencji z religią i filozofią”), no i ten trzeci, to jest: przekonanie, że religia jest „przeszkodą w naprawie politycznej świata”. Szczęśliwie przeszedł dobry Polak suchą nogą przez odmęty dziewiętnastowiecznych zabobonów.

A jednak antyreligijny pamflet Dawkinsa sprzedaje się w Polsce więcej niż dobrze (jeżeli, w świetle badań czytelnictwa, można powiedzieć że jakiekolwiek książki sprzedaje się tutaj dobrze). Ponad 50000 egzemplarzy pękło, tytuł od daty wydania polskiej edycji nieustannie w czubie notowań bestsellerów. Co się zatem nie zgadza? Wszystko się zgadza. Mem ateizmu zmienia oblicze tej ziemi, tymczasem Partia Boga na tę zmianę reakcyjnie reaguje. Nic nowego pod słońcem. Zmienia się tylko globalny kontekst sporu, zwiększając szansę na przewartościowanie wszystkich wartości.

„Bóg urojony” to sporej miary dawka propagandy i ideologii, jak nic – książka polityczna. Pełne pasji wołanie o kontynuację projektu oświecenia.

Tak, Dawkins jest XIX-wieczny. Tak, jest prowokacyjny, bywa niemiły. Teologom i innym dobrze wychowanym i wykształconym obrońcom Partii Boga nie przynosi pokoju ekumenii pełnej szacunku do Niepoznawalnego, ale miecz konfrontacji światopoglądowej spójności i nową propozycję bilansowania kosztów i zysków pozostawania pod wpływem gruntowanej religijnie, dość powszechnie panującej nam episteme.

Pytanie wstępne: po co to komu? Po co jest „Bóg urojony”? Po cholerę ładować energię i zawiązywać nadzieję na ferment wokół, zdawałoby się, dawno wybrzmiałego sporu (któremu ton nadał onegdaj – dziewiętnastowieczny jeszcze bardziej niż sam Dawkins wcielony – Feuerbach)? Po co jątrzyć, atakować, ostrzyć sekularystyczne dzidy? Jaki będzie koszt tej dziewiętnastowiecznie naiwnej nadaktywności ateuszy – wyznawców urojenia religijnego – w świecie, który już wie, że bez Boga i bez religii ani rusz (Kołakowski), że nie ma łatwego odwrotu od metafizyki w dziecięcość scjentystycznej ideologii (Habermas)? Gdzie Rzym, a gdzie Krym, czyli gdzie współczesna myśl (post)humanistyczna, a gdzie ateo-troglodyci, przyjmujący na wiarę wyznanie Gagarina, że mianowicie: „Boga niet”?

Dawkins jest ważny, bo ważny jest przedmiot starego-nowego sporu; o oblicze Ziemi oraz o status jej metafizycznych okolic. Ważna jest społeczna krytyka instytucji religii, jakiej Dawkins dokonuje w „Bogu urojonym”. Co stwierdziłem, spróbuję uzasadnić.

W dobie intelektualnego dopieszczania irracjonalizmu rozmaitych, najczęściej religijnych i postsekularnych proweniencji, wołanie Dawkinsa o przywrócenie odpowiedniej rangi rozumowi nie jest sprawą społecznie indyferentną.

Autor „Samolubnego genu” bije na alarm, bo jako człowiek nauki czuje na plecach oddech odwrotu od społecznych zdobyczy Zachodu. Głębiej: od atmosfery intelektualnej, która w ogóle umożliwiła wyjście człowieka ze stanu niewoli naturalnego zdeterminowania, otwierając drogę ku międzyludzkim relacjom fundowanym na imperatywie podmiotowego samostanowienia każdego uczestnika gry w życie społeczne. Bez przemocy osobników alfa, bez niechcianych dzieci, międzyplemiennych i narodowych wojen, bez królów, bez panów, bez poddanych, bez wykluczonych. Bez bogów. Z rozumem.

Religia atakowana jest przez Dawkinsa przede wszystkim jako instytucja osadzona na celebrze bez-(albo, jak chcą Uczeni w Dobrych Księgach, poza- bądź ponad-)rozumu. Bóg przekracza ludzką rozumność – to być może jedna z najtrafniejszych charakterystyk analizowanego przez Dawkinsa artefaktu. Z wynoszenia pod niebiosa idei, której
istotą jest niepojętość, płyną poważne konsekwencje społeczne. Nie chodzi nawet o to, że w walce o zachowanie powagi Tajemnicy instytucje religijne dopuszczały się (i nadal dopuszczają) aktów przemocy na heretykach, rozbrajających jej majestat (albo zdradzających Tajemnicę dla innego jej wariantu w ramach religijnego porządku). Idzie raczej o trwałe piętno, wdrukowywane w mentalne uposażenie indoktrynowanych podmiotów przez instytucje religijne. Religia dowartościowuje bez-krytyczność (bez-krytycyzm), wiarę „na słowo” (idea silnie zakorzeniona w rozteologizowanej filozofii dialogu spod znaku Bubera, Rosenzweiga czy Ebnera), dla której jakakolwiek próba racjonalnej kontroli może okazać się zabójcza. Tym samym religia jest siłą powodującą spowolnienie, wyhamowywanie dziejowej emancypacji człowieka wobec świata jego własnych naturalnych uwarunkowań. Religia spowalnia ruch ku coraz pełniejszemu poznaniu rzeczywistości naturalnej, to jest: tego wszystkiego, co podpada pod procedury naukowej roboty. Walka przeciw walce z niewiedzą, z mentalnymi czy technicznymi ograniczeniami, jest – przekonuje Dawkins – nieusuwalną częścią religijnej roboty. Dawniej po prostu strącała głowy wywrotowców ubogacone niewyparzonymi jęzorami. Dziś dyskretnie ogranicza się do zaszczepiania ludzi przeciw nie dającemu się łatwo kontrolować wirusowi ciekawości świata, tego świata. Adoracja Niepoznawalnego, Tajemnicy, po stronie społecznych kosztów odbija się potencjalną stratą przyrostu wartościowej wiedzy o świecie. Religia uczy: „cnotą jest trwanie w niewiedzy” (s. 180).

Instrumentarium służące utrwalaniu biopolitycznej kontroli, znajdujące się w dyspozycji religijnych instytucji, jest bogate. Dawkins zwraca uwagę na kilka narzędzi tego typu. Jednym z nich jest tradycyjny – i dlatego nieustająco silny – szacunek okazywany religii i wierze religijnej w dyskursach publicznych. Szacunek zdobyty pośrednio, jedynie dziedziczony, tłumaczony długowiecznością instytucji, której dotyczy. Warto zwrócić na ten drobiazg uwagę, bowiem Dawkins z „Boga urojonego” obrywa często z tytułu obrazoburstwa. Powszechnie uznawany szacunek wobec religii i wiary religijnej tylko z tego powodu, że trwają, w sposób wyjątkowo skuteczny wyhamowuje krytyczną refleksję wokół nich.

Szacunek wobec religii oznacza faktycznie przyzwolenie na jej dalszą tabuizację. Bo jak gadać o religii, skoro pewnych rzeczy – tak czy inaczej uzasadnianych wątpliwości – po prostu nie przystoi mówić publicznie pod szantażem urazy czyichś religijnych uczuć? Dlaczego jest tak, że „w naszym społeczeństwie powszechnie (również przez niewierzących) akceptowany jest pogląd, iż przekonania religijne to domena szczególnie drażliwa, więc należy je chronić grubym murem wymuszonego szacunku; że przysługuje im nadzwyczajny immunitet niewystępujący w żadnej innej sferze życia społecznego”? (s. 46) Dawkins przywołuje uwagę H.L. Menckena: „Powinniśmy szanować poglądy religijne naszych bliźnich, ale tylko w takim sensie i do takiego stopnia, do jakiego szanujemy czyjeś przekonanie, że jego żona jest piękną kobietą, a dzieci są bardzo mądre”. Kiedy więc dzieci przyjaciół zaczynają palić, gwałcić i rabować – szacunek wobec przyjacielskich uczuć musi zejść na dalszy plan aksjologicznej ważności. W innym wypadku uczucia służyć będą za knebel. Religia nie jest świętą krową i, jak każdemu przejawowi społecznego stanowienia człowieka na Ziemi, przysługuje jej prawo do nieskrępowanej i uczciwej, racjonalnej krytyki. Nie da się jej jednak prowadzić z nerwowym oddechem biskupa, rabina czy imama – oraz wszystkich tych, co za prawdę biorą każde ich słowo – za plecami.

Ów „wymuszony szacunek” podlega reprodukcji w prosty sposób. Jest to jeden z licznych efektów indoktrynacji religijnej, jakiej systematycznie poddawane są dzieci ludzi, którzy jako dzieci poddawani byli indoktrynacji religijnej. Jezus prosił: „pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”, więc pozwalają, a władza bożej administracji utrwala się z pokolenia na pokolenie. „On umarł, abyś mógł żyć” – treści tego typu zdobiły przed wielkanocnymi świętami tysiące gazetek ściennych w tysiącach szkół. Dawkins doszukuje się w tym przekazie subtelnej formy sadomasochistycznej psychomanipulacji. Wie o tym pedagog, wie i jezuita: dziecko w młodszym wieku szkolnym obdarzone jest niezwykle bujną wyobraźnią, której zainfekowanie złymi memami na trwale wpisuje się w funkcje psychiczne.

Ofiara krzyża, krew baranka, plucie i biczowanie, nasze grzechy, Jego męka, szatan, piekło, wieczny ogień i raj, wieczna chwała i majestat – bez względu na hermeneutyczne wolty teologów od prawa do lewa, relatywizujących dosłowność biblijnych obrazów, katechezy dla dzieci przekazują proste i wymowne treści kupowane jeden do jednego przez nieświadomą sytuacji małoletnią klientelę. Nawet jeśli indoktrynacja nie zaowocuje głęboką religijnością (a w większości przypadków nie zaowocuje), to o trwałość przekazu i reprodukcję duchowej władzy opartej na wdrukowaniu ideologicznego programu można być spokojnym. (Swoją drogą, zadziwiająca jest popularność personalizmu jako filozoficznej wykładni społecznej nauki katolicyzmu; personalizmu, który wywyższa podmiotowość drugiego człowieka. Gdzie troska o podmiotowość dziecka, gdy nieukształtowane mentalnie dzieci modeluje się wedle uznania instytucji?)

Podobnie silny sprzeciw budzi w Dawkinsie nieświadomie powielany językowy zwyczaj etykietowania dzieci za pomocą wiary wyznawanej przez ich rodziców. „Jak jakikolwiek przyzwoity człowiek może myśleć, że to uczciwe etykietować czteroletnie dzieci poprzez kosmologiczne i teologiczne poglądy ich rodziców?” Przecież z miejsca rozpoznajemy niestosowność takiego, szczęśliwie fikcyjnego, podpisu pod zdjęciem z wizerunkami dzieci: „Shadbreed (keynesista, lat cztery), Musharaff (monetarysta, lat cztery) i Adele (marksistka, wiek – cztery lata)” (s. 451), tymczasem etykietę typu „katolickie dzieci” przełykamy zwyczajowo bez bólu. „Nie wahajcie się wpadać we wściekłość, ile razy coś takiego usłyszycie. Żadne małe dziecko nie jest chrześcijaninem czy muzułmaninem – co najwyżej jest dzieckiem chrześcijańskich lub muzułmańskich rodziców”. (s. 454)

Od etykietowania dzieci już tylko pół kroku do dzielenia i konfliktowania, stygmatyzowania i wykluczania odmienności. „Religia dzieli – to nie ulega żadnej wątpliwości i to zarazem jeden z najpoważniejszych zarzutów wobec wszelkich systemów religijnych”. (s. 351) „Nawet gdyby religia nie czyniła żadnych innych szkód, to jej niczym nie uzasadniona, bezsensowna skłonność do wzmacniania podziałów – świadomie kultywowana afirmacja naturalnej ludzkiej tendencji do faworyzowania własnej grupy i odrzucania obcych – wystarczyłoby, by uznać ją za ważny oręż zła na Ziemi”. (s. 255-256)

(Trzeba przyznać, że znacznie więcej taktu miał Daniel Dennett w „Odczarowaniu”, w którym niemalże prosi „cywilizowanie” religijnych czytelników o wzięcie na siebie części odpowiedzialności za ekscesy przemocy w wykonaniu ich fundamentalistycznych braci w wierze.)

„Bóg urojony” nie jest wybitnym wydarzeniem intelektualnym. To raczej mocne uderzenie w stół. Dawkins – nie wiadomo czemu religijni oponenci robią mu z tego tytułu zarzut – nie odkrywa nowych kart w starym sporze, nie udowadnia nie-istnienia Boga. Za to – w obliczu zagrożenia autonomii nauki przez religijną władzę – mocno angażuje się w obronie ateizmu. Broni go w staroświeckim stylu – poprzez frontalną krytykę podstaw, na których zbudowała swoją siłę religia. Mocno i wyraźnie artykułuje jej słabości i związane z nią wątpliwości. Być może – w pasji ateistycznego misjonarza (który jednak nie pozwala na określanie się mianem fundamentalisty a rebours; istnieją warunki, pod którymi Dawkins jest skłonny odrzucić swój twardy darwinizm; nie istnieją warunki analogicznej operacji odrzucenia dla fundamentalistycznego muzułmanina czy chrześcijanina – tu skrywa się różnica między pasją a fundamentalizmem) – porusza się po kwestiach silnie wiążących ludzkie emocje z gracją słonia w składzie porcelany.

Ważność „Boga urojonego” to ważność szeroko czytanej, dyskutowanej, komentowanej, krytykowanej publicystyki. Ta książka uruchomiła całą serię zdarzeń i inicjatyw społecznych, stanowiących próbę rewaloryzacji ateizmu w kulturze Zachodu. Ateizmu, który nigdy na dobrą sprawę nie miał swoich pięciu minut na demokratycznie zarządzanym forum wymiany idei. Ateizm, czy raczej: stojący za ateizmem naturalizm, nie jest tymczasem ideą okaleczoną, obraną z Tajemnicy, jest pełnokrwistym projektem światopoglądowym ze sporym potencjałem emancypacyjnym. Z ducha naturalizmu wypływa przecież utylitarystyczna wizja dobrej ziemi dla spełnionych istot (nie tylko) ludzkich, cieszących się wystarczająco wysoką jakością życia, w którym minimalizuje się ból i cierpienie na rzecz radości i szczęścia. Możliwie dla wszystkich, nie dla skwapliwie (według religijnego czy jakiegokolwiek innego szowinistyczego kryterium) wybranych. Cieszących się dobrym życiem tu i teraz – nie: gdzie indziej i co prawda dopiero po śmierci, ale za to na wieki.


Richard Dawkins, Bóg urojony, przeł. P.J. Szwajcer, Wydawnictwo CIS, Warszawa 2007
Michel Onfray, Traktat ateologiczny, przeł. M. Kwaterko, Wydawnictw PIW, Warszawa 2008

3 komentarze:

PAK pisze...

1) Jak dla mnie (prostego inżyniera) Dawkins na najwyższym poziomie (ogólny układ, tematy) jest chaotyczny, na średnim trudno mi się z nim nie zgodzić, na najniższym dowodzi swojej słabej orientacji w kwestiach religijnych.

Ale -- układ i forma to zwykle polemika z religią, która odpowiada argumentom podnoszonym przez drugą stronę.

2) Dziewiętnastowieczny? Ja bym powiedział, że może osiemnastowieczny ;) Nie, nie krytykując. XIX wiek to raczej romantyzm (nawet Rousseau bliżej do romantyzmu i Rewolucji Francusjiej), a to zdecydowanie ton inny.

(Swoją drogą, ja bym takiego oświecenia właśnie chciał -- nie romantyzmu, nie new age, ale oświecenia -- wiary, że można szukać dróg dogadania się z innymi i kierować rozumem.)

3) Ciekawe, że dla ateistów tak ważny jest Darwin, i że darwiniści tak się zaangażowali w obronę ateizmu (bo nie tylko Dawkins). Zapewne dlatego, że naciski religijnych fundamentalistów szczególnie ich bolą.

4) Ale sądze, że obok chrześcijańskiego i islamskiego fundamentalizmu mamy tu jeszcze jeden czynnik. Mianowicie ateizm jest niby dozwoloną postawą, jednak religie de facto są faworyzowane, zarówno w 'cywilizacji' (gdzie mam na myśli wyuczone przekonanie, że religia to coś dobrego -- czasem dostaję religijny newsletter, który sam siebie nazywa 'dobrym' -- czy ktokolwiek użyłby takiego słowa w polityce, nauce, czy biznesie, nawet jeśli byłby do niego przekonany?), ale także w prawie -- i Dawkins na to wskazuje.

rebus pisze...

"Dziewiętnastowieczność" Dawkinsa przepisałem z samego "Boga urojonego", tam autor się skarży na etykietowanie go tym mianem.

ad 3) W mojej opinii tak właśnie jest: "Bóg urojony" jest tekstem pisanym z pozycji naukowca czującego zagrożenie ze strony rosnącej popularności bez-rozumu, który przekroczywszy masę krytyczną może owocować cywilizacyjnym cofnięciem i ideologicznym cenzurowaniem naukowej roboty.

Dzięki & pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

Dawkins... Tak, człowiek który wybił się ponad piedestały swoją książką... Nie zaprzeczam, trochę racji w niej ma, jednakże aspekt, jakoby nie wolno byłoby nam szanować religii bardziej niż zacytowany pogląd na porównanie upodobania żony bądź dzieci... No i zrobił dość szczeniacki błąd - skupił się jedno na teorii inteligentnego projektu, a nawet nie starał się zrozumieć zakładu Pascala, zresztą jak większość ludzi... Od razu podpowiem, że nie dotyczy on wiary w konkretnego Boga\boga, tak jak się powszechnie uważa... mimo iż był tworzony w koncepcji chrześcijańskiej.
Pomylił się raczej Kościół z religią - Kościół i owszem, możesz krytykować jak chcesz, jeżeli nie zrobisz tego w sposób antyteistyczny (bo wtedy wszakże obrażasz wszystkich wierzących twierdząc, że wiara to ciemnota i tylko debile wierzą) - czyli tak, jak (niestety i przewidywalnie) robi to pan Ryszard.
Dlaczego nie wolno nam oceniać religii w tak trywialny sposób? Moim zdaniem dlatego, że odnosi się wyłącznie do wyznawanych wartości w miejsca i istoty wyższe, mistyczne, duchowe i, patrząc tak czy inaczej, wyidealizowane. Nikomu tym nie "wchodzimy w kaloszach" na poglądy i wierzenia - a jeżeli Kościół czy inne zgromadzenie religijne chce głosić walkę z innymi to wtedy, jak najbardziej, można, a nawet należy krytykować.

Ale wracając do samego Dawkinsa - czy oglądaliście może jego rozmowy bezpośrednie z duchownymi? Na nich jest zadziwiająco uprzejmy i nie używa w nich słów ze swoich książek, prac, przemówień, tylko dyskutuje jak równy z równym, podczas gdy w wyżej wymienionych jad ścieka aż miło... Gdybym powiedział, że Kościół nie wpłynął na moje możliwości rozumowania czy dowodzenia i dyskutowania, to byłoby to dla niego (a raczej bardziej dla jego zwolenników) niepodważalnym dowodem, iż mem i propaganda teistycznych uciskaczy mnie dopadła... nie ma innej możliwości...

Wniosek jest jeden - ludzie to młoda, kłótliwa, agresywna rasa, a jej konflikty polegają na tym, że jedna strona nie słucha drugiej i na siłę stara się zdyskredytować (najczęściej bezpodstawnie) drugą stronę... I nie twierdzę, że jeno antyteiści są "wielkimi bojownikami o prawdę, którzy walczą z wszechogarniającą ciemnotą i wyzyskiem ze strony najczystszego złego jakim jest wiara (tu pierwszy podstawowy błąd ich większości - wiara dla nich = zgromadzeniu\organizacji)", bo i po stronie wierzących zdarzają się "kwiatki", co mówię ja, rodowity Toruńczyk :)

Nie można być pośrodku, czy coś?