niedziela, 29 stycznia 2012

Zysk dla jednych, satysfakcja dla drugich


Kiedy przez Polskę przetacza się fala społecznego niezadowolenia (m.in. z powodu zamachu na wolny internet pod postacią ACTA, likwidowania ośrodków publicznej edukacji, poziomu ceny benzyny, a nawet z powodu łamania praw pracowniczych, zwanych dla niepoznaki przywilejami), mnie przyszło wywiązać się z danej w poprzednim występie obietnicy.

To, o czym chcę pisać, dobrze się zazębia z bieżącą polską gorączką. W tej ostatniej chodzi przecież także o nadanie adekwatnego wyrazu potrzebie budowania wspólnoty w sytuacji zagrożenia obywatelskich praw, ewidentnie poddanych próbie wytrzymałości przez cnotliwą chciwość kapitalizmu. Od tekstów o dobru wspólnym, Rzeczy-Pospolitej, wspólnocie jako domenie kreatywności, ugina się internet. Idea wspólnoty i przypisanej jej przestrzeni publicznej przeżywają renesans. Funkcjonują w debacie jako kontra dla logiki dobra i terenu prywatnego (wstęp wzbroniony!). Marzenie o (nie nastawionej na zysk) wspólnocie obywateli jest dziś, gdy lokalnie i fragmentarycznie wydaje się wcielać w społeczne ciało, na ustach mainstreamu. A skoro tak, to... To trzeba być dupą a nie przedsiębiorcą, by nie spróbować na tym marzeniu zarobić. Zwłaszcza że patent na zbieranie renty z budowania prywatnych platform dla realizowania publicznych spraw sprawdza się w praktyce od lat. Mam dwa przykłady na podorędziu.

Przykład 1:
„Hattrick, jak sam o sobie pisze, jest wyjątkową grą - internetowym menedżerem piłkarskim, i to darmowym. Możesz tutaj stworzyć swój własny klub piłkarski, zbudować drużynę marzeń i rywalizować z setkami tysięcy rzeczywistych ludzi z całego świata”. W Hattricka gra obecnie ponad 660 tysięcy aktywnych użytkowników, kilka lat temu było ich nawet milion.

Menadżer jest darmowy, odpłatne są jedynie dodatkowe opcje, które nie wpływają na poziom grywalności. Dodatkowe funkcje sprzedawane są w pakiecie pod nazwą "Supporter Hattricka": to wirtualne gadżety, które pozwalają spersonalizować prowadzony przez gracza wirtualny klub piłkarski (możliwość zamieszczenia herbu drużyny, wygenerowania strojów klubowych itp.). Są też takie gadżety, które udrażniają kanały komunikacji z innymi użytkownikami: „jako Supporter możesz zostać kibicem innych drużyn, np. swoich przyjaciół. Będziesz powiadamiany o ich zalogowaniu do systemu, a na specjalnej stronie Supportera zobaczysz przegląd ich drużyn i ostatnich wyników. Oczywiście także Twojej drużynie mogą kibicować inni użytkownicy!” Wśród płatnych dodatków znajduje się także dostęp do „federacji”, czyli zamkniętych tematycznych forów wewnątrz gry. Znam graczy, którzy latami płacili właścicielom za pakiet tylko po to, by móc utrzymywać federacyjne znajomości.

Prawdą jest bowiem to, co o grze piszą jej twórcy: „społeczność jest ogromną częścią Hattricka”. Dla bardzo wielu użytkowników aplikacji zbudowanej w oparciu o grę, po pewnym czasie ona sama staje się zaledwie dodatkiem do rozbudowanego i pieczołowicie moderowanego, otwartego (za wyjątkiem „federacji”) forum. Generuje ono spory ruch (w momencie gdy piszę, serwis naliczył 67.926 wpisów na dobę). Użytkownicy Hattricka na licznych forach wymieniają się uwagami na temat samej gry, dyskutują o literaturze, muzyce, wymieniają się linkami. Przy tak dużej społeczności nie byłoby to możliwe bez pracy licznego personelu.

Tylko w Polsce HT obsługiwany jest przez 24 mistrzów gry, moderatorów, tłumaczy, redaktorów serwisu prasowego. Globalnie ilość osób odpowiedzialnych za jakość aplikacji idzie w setki. Zatrudnieni? Bynajmniej. Społecznie realizujący interes Johana Gustafsona, Szweda, który firmę Hattrick Limited zarejestrował w raju podatkowym, na Gibraltarze (tym samym nieco nadwątlając opowieść o odpowiedzialności szwedzkich przedsiębiorców za system społeczny swojego kraju). Dla dobra internetowej społeczności, stworzonej od fundamentów w oparciu o grę, setki osób na całym świecie spędza wolny czas nieodpłatnie generując cudze zyski. Stosunek pracy został tu zastąpiony przez narrację o jawnie moralistycznym charakterze. „Pracownicy” pracują dla dobra całej społeczności. Nagrodą za godziny poświęcone np. na moderowanie forum, które w znacznym stopniu odpowiada za rentowność przedsięwzięcia, jest uznanie w oczach wirtualnego, zbiorowego podmiotu, o którego dobro ostatecznie – ale tylko subiektywnie, z punktu widzenia wykonującego pracę nie-pracownika – chodzi.

Przykład 2:
Jeśli nie masz patentu na dobrą, bezpłatną, internetową grę, która w perspektywie zainteresuje setki tysięcy użytkowników sieci na całym świecie, możesz spróbować drenażu wspólnotowego zaangażowania na mniejszą skalę, poprzez, dajmy na to, lokalny portal społecznościowy.

Pewnie w każdym większym mieście w Polsce znajduje się już jedna bądź więcej redakcji pism internetowych, których celem istnienia jest – jakżeby inaczej! - organizowanie lokalnej wspólnoty wokół spraw i problemów, które jej dotyczą. Często redakcja takiego portalu to pół etatu albo umowa śmieciowa i tysiąc złotych netto. Pracownik właściciela internetowego tytułu odpowiedzialny jest za publikowanie najważniejszych informacji, dotyczących gminy, miasta czy osiedla, przetwarzanych najczęściej z innych lokalnych mediów, rzadziej przez siebie pozyskiwanych. 

Pokaźna reszta generowanego na portalu ruchu – zapowiedzi imprez kulturalnych, pozostałe informacje, komentarze, czasem publicystyka – pochodzić ma z pracy pasjonatów, aktywnych mieszkańców, osób, które uwewnętrzniają w jakiejś mierze wspólnotowy etos. Kosztem połówki etatu uzyskujemy w ten sposób dostęp do nieopłacanej siły roboczej, której dysponenci udostępniają ją albo (1) za cenę możliwości wyeksponowania swoich warsztatowych i twórczych zdolności przyszłemu ewentualnemu (najczęściej jedynie hipotetycznemu) pracodawcy, albo (2) za cenę wewnętrznego przekonania o istotności swego bezinteresownego zaangażowania w sprawy miasta, osiedla, gminy.

Portal prezentuje się jako dobro wspólne czytelników i twórców treści. Jest lokalną agorą, na której można komentować wszystko, co ważne dla społeczności. Faktyczny właściciel, uprawiający mimikrę obywatelskiego zaangażowania, może ukryć się za kulisami przedsięwzięcia. Przy odrobinie biznesowej zaradności projekt ma szansę wypalić i generować zysk z (drożejących w miarę wzrostu klikalności) reklam. Zysk jako jedyny element portalu społecznościowego, wyłączany jest z domeny wspólnoty i ląduje w kieszeni twórcy wirtualnej przestrzeni. Zysk jest dla jednych, a dla drugich satysfakcja. Wyzysku brak, bo brak stosunku pracy - zbrodnia doskonała.

Ale przecież w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. Wiedzą to wszyscy społecznicy świata. A także wszyscy ci, którzy wiedzą, jak na tych pierwszych zarobić.


Brak komentarzy: