piątek, 27 kwietnia 2012

Krasowski, "Po południu". Sowa o zmierzchu

"Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy” Roberta Krasowskiego to lektura wciągająca. Książka z rzędu tych, które same się czytają, bez konieczności przykładania siły. Jest w niej urok starej, dobrej „Europy” z czasów Faktowkładki, której autor książki był redaktorem. Krasowski rekonstruuje polityczną historię Polski po 1989 roku, proponując interpretację wydarzeń, która ma potencjalną moc, by stać się  opowieścią  obowiązującą w debacie publicznej. Analizując początki wolnej Polski, z perspektywy czasu sprawnie i zwykle wiarygodnie ustawia na scenie spektaklu sceny i ich aktorów, przyporządkowując im na nowo określane wartości. Inaczej, niż wynikało to z bieżącej relacji dziennikarskiej i publicystycznej, buduje ciągi przyczynowo-skutkowe (np. rozpoczęciem tzw. „wojny na górze” obciąża nie Wałęsę, ale Mazowieckiego), inaczej niż opiniotwórcze media ocenia podmiotowość czołowych aktorów tamtych wydarzeń (Mazowiecki, Bielecki, Suchocka), demitologizuje ich radykalizm (Olszewski), hegemoniczny wpływ na politykę („Gazeta Wyborcza”). Wszystko to sprawia, że lektura jest bardzo zajmująca dla każdego, kto lubi kantowskie przewroty kopernikańskie, większe i mniejsze.

Osią narracyjną pierwszego tomu (lata 1989 – 1995, całość ma się składać z trzech części) jest opowieść o politycznej wielkości Lecha Wałęsy, jego efektywności politycznej (co do której, na podstawie tekstu książki, zgłosić można jedno zastrzeżenie: mimo że „ogrywał wszystkich”, to jednak ostatecznie przegrał, jego koncepcja ustroju prezydenckiego przepadła), determinacji w realizowaniu modernizacyjnego projektu cywilizacyjnego, wreszcie niezawodnej, według Krasowskiego, intuicji politycznej. „Po południu” chłoszcze mniej więcej równo wszystkich: Kwaśniewskiego, Mazowieckiego, Millera, Bieleckiego, Kaczyńskiego (ujawniając jego demagogiczny kunszt potwierdza mimochodem to, o czym kilka ładnych lat temu w „Klęsce Solidarności” pisał David Ost), Geremka i innych, każdemu starając się oddać też sprawiedliwość (może poza Pawlakiem i Suchocką, którzy są tu postaciami jednowymiarowymi) Tylko Wałęsa jest postacią o historycznym znaczeniu. Pomnik stawia mu Krasowski nie za zasługi1980 roku, ale właśnie za polityczną szarżę w wolnej Polsce.

Rekonstrukcja wydarzeń to jedno, ich ocena to inna sprawa. Konserwatywno-liberalny Krasowski przyjmuje w książce założenie, zgodnie z którym rynkowe reformy przeprowadzane za pomocą terapii szokowej były konieczne i że upadek Wałęsy jest polską tragedią z tego względu, że wraz z nim upadła szansa na „dogonienie Europy”. Autor jest o tym przekonany tak mocno, że nie uważa za konieczne by tezę swoją uzasadniać, a tym bardziej bronić jej przed krytyką. Nie poddaje pod refleksję ani wybranego modelu transformacji, ani tym bardziej jego alternatyw, na które wskazuje choćby Tadeusz Kowalik w książce www.PolskaTransformacja.pl. Autor, który z wielką pasją obala mity, przesądy, zdroworozsądkowe przeświadczenia na temat rzeczywistości politycznej w Polsce po 1989 roku, zbudował swoją opowieść przywiązany do mitu fundującego kapitalizm w Polsce: poziom życia Polaka mógłby być porównywalny z poziomem życia Niemca, Anglika, Francuza, Szweda, a Polska mogłaby przerosnąć swoje peryferyjne warunki gospodarcze i społeczne, awansować do klubu dyspozytorów europejskiego bogactwa. Mogłaby, gdyby Wałęsa nie przegrał batalii o koncentrację władzy w jednym ośrodku i gdyby udało mu się ostatecznie "ograć" wszystkich graczy – politycznych i społecznych, zwłaszcza zaś „masy”, o których autor „Po południu” najwyraźniej nie ma dobrego zdania, za które trzeba brać quasiautorytarną, ojcowską odpowiedzialność. Z jednej strony gani Michnika, Mazowieckiego, Geremka za mentorsko-estetyczną samoalienację względem „mas”, z drugiej strony w reformistycznej pasji Wałęsy idącej pod prąd społecznych oczekiwań dostrzega wielkość tego ostatniego. Może Polska po udanym skoku Wałęsy w krainę neoliberalnego królestwa własności prywatnej nie byłaby Polską, jakiej chciałaby znakomita większość Polaków – pracowników najemnych, ale z pewnością byłaby krajem „udanej”, bo zrealizowanej transformacji.

Zgadzam się z autorem, że masowe przekonania o tym, co wydarzyło się w Polsce po upadku PRL, umocowane są zwykle w naiwnej, bezkrytycznej recepcji ideologii produkowanej przez elity III RP. W takim samym jednak stopniu naiwnie i bezkrytycznie traktuje reformatorski mit sam Krasowski. Co prawda zdaje sobie sprawę, że modernizacja przebiegała i nadal przebiega nie w interesie peryferyjnego kraju, jakim jest Polska (i inne państwa regionu), że jest ona de facto realizacją zamówienia krajów centrum kapitalistycznego reżimu produkcji, niemniej broni tej logiki jak niepodległości, w realizacji marzenia o „dogonieniu Europy” upatrując dziejowej misji polityki nad Wisłą. Bo Krasowski najwyraźniej wierzy w coś, czego nieprawdopodobieństwo ujawnia Jan Sowa. W wywiadzie dla Praktyki Teoretycznej autor wydanego niedawno „Fantomowego ciała króla”, mówi:
Uniwersalny wniosek, jaki możemy wyprowadzić z naszej własnej historii i naszych relacji z kapitalistycznym centrum, jest taki, że w obrębie kapitalizmu warunkiem możliwości bogactwa jednych jest bieda innych, a więc kapitalizm ze swojej istoty nie jest w stanie doprowadzić nas do globalnej, ogólnoplanetarnej obfitości. To by był jego ostateczny kryzys i zresztą moim zdaniem podstawowa przyczyna obecnego kryzysu, który jest – co symptomatyczne – odczuwany jako kryzys przede wszystkim w państwach bogatego rdzenia; to podnoszenie się poziomu życia na peryferiach (a więc kosztów pracy, a więc obniżenie stopy akumulacji kapitału). Dlatego w Chinach nie ma żadnego kryzysu. Dlatego nie ma go również w „Chinach Europy”, czyli w Polsce. „Kryzys kapitalizmu” i „gospodarczy rozwój peryferii” to dzisiaj dwie nazwy tego samego procesu. Jeśli jednak temu rozwojowi nie będą towarzyszyły próby wyjścia poza logikę kapitalistycznego sposobu produkcji, doświadczymy prawdopodobnie prób jego ratowania przy użyciu środka, który znamy doskonale z historii, a mianowicie wojny.  
W innym miejscu tej samej rozmowy dodaje:
W znakomitej książce Andre Gundera Franka Dependency and Underdevelopment podsumowujący rozdział zatytułowany jest Who Is the Immediate Enemy? – kto jest bezpośrednim wrogiem. Cała książka z mocno rozbudowaną analizą funkcjonowania elit kompradorskich pokazuje, że tym bezpośrednim wrogiem nie są zewnętrzne siły (kapitał, obce państwa, międzynarodowe instytucje itp.), które podporządkowują sobie słabsze kraje, ale elita tych krajów, która czerpie korzyści z podporządkowania i staje się swoistym pasem transmisyjnym kolonialnych wpływów. Zresztą podobnego zdania był Franz Fanon. Coś podobnego dokonało się w Polsce po 1989 r. Jeśli pytamy, czy neoliberalne reformy były udane, dobre albo korzystne, to trzeba zapytać „Dla kogo?”. Nie ma sensu zastanawianie się, czy były dobre „dla Polski”, bo wprowadzanie narodowościowo-państwowej kategorii służy tylko ukryciu nierównej dystrybucji kosztów i korzyści, z jakimi wiązała się transformacja. Dla elit, które ochoczo opowiadały się za zmianami, były one dobre. Dla reszty – w zależności o kim mowa – raczej nie, nie lub zdecydowanie nie. Niedawno w radiu TOK FM Tadeusz Mosz z radością informował słuchaczy, że czuje się wolny i że jego zdaniem żyje w wolnym państwie, a jego goście – nieodmiennie neoliberałowie, bo nikt inny w tym programie nie występuje – zgodnie mu wtórowali. W kraju, w którym prawie połowa młodych ludzi skazana jest na pracę w prekarnych warunkach, w którym wskaźnik zastępowalności pensji przez emerytury spadnie niebawem do 30% i w którym życie na godnym poziomie materialnym możliwe jest głównie dzięki istnieniu niezdeterytorializowanych jeszcze przez kapitalizm sieci rodzinno-przyjacielskiego wsparcia (z dobrymi i złymi konsekwencjami) tego rodzaju wyrazy samozadowolenia przypominają do złudzenia zachwyty nad złotą wolnością i bogactwem, w jakich gustowała szlachecka elita niewolniczej I RP. Chociaż ówczesna arystokratyczna elita i dzisiejsza elita burżuazji były pod wieloma względami odmienne, klasowy egoizm jest tu bardzo podobny.
W zgodzie z logiką konfliktu klasowego wygląda to tak, że Krasowski ubolewa nad spowalnianiem transmisji zysków z peryferyjnej Polski do centralnej Europy i transmisją wyzysku w drugą stronę. Tym, koniec końców, owocuje opóźnienie czy zaniechanie reformatorskiego zapału ekipy Wałęsy. Pas transmisyjny nie jest tak drożny jak mógłby być, gdyby Wałęsa (m.in. poprzez Balcerowicza – człowieka o emocjonalności maszyny do liczenia, jak celnie diagnozuje go Krasowski) pomyślnie zwieńczył swoje dzieło. Jak we wstępie do „Fantomowego ciała króla” pisze Sowa, pod maską modernizacji i rozwoju na peryferiach często ukrywa się trwanie zacofania i unowocześnienie nędzy. Prawdziwym politycznym i, szerzej, cywilizacyjnym wyzwaniem jest więc urealnianie sprzeciwu wobec kapitalistycznej dychotomii centralności – peryferyjności, a nie z góry beznadziejna próba przekroczenia własnego peryferyjnego statusu (czyim kosztem?) Nie budowa pasów transmisyjnych ze wchodu na zachód, ale namysł nad sposobami odżegnania perspektywy pogłębiającego się tymczasem i zawsze mogącego eksplodować barbarzyństwa.

Brak komentarzy: