niedziela, 4 maja 2014

bell hooks ma rację: olać dominację (lewica feministyczna albo żadna)

Jestem feministą, to znaczy: wiem, że żyję w patriarchalnym społeczeństwie, noszę w sobie owoce patriarchalnej, seksistowskiej socjalizacji. Jestem feministą, to znaczy, że nie przyjmuję tych owoców z dobrodziejstwem wychowania. Mimo głębokiego, kulturowego wdrukowania ciągle podejmuję pracę dekodowania seksistowskich przyzwyczajeń, roszczeń, oczekiwań, społecznych interakcji po to, by je wypleniać ze swojego życia i z życia mojej rodziny oraz szerokiego kręgu przyjaciół i przyjaciółek, znajomych, współpracowników, itd.

To ważne, by dostrzec powszechność i powszedniość patriarchatu. Jest ważne, by rozpoznać mechanizmy jego ideologicznej czy kulturowej reprodukcji. Ważne, by zrozumieć, że w patriarchalnym społeczeństwie jesteśmy wychowywani i wychowywane do życia w patriarchacie i do dostarczania mu kulturowej pożywki, dzięki której ma on zdolność odradzania się. By móc to zrozumieć bardzo ważne jest też, by nie traktować seksistowskiej socjalizacji, jakiej było się poddanym/poddaną jako samooskarżenia, by przestać się bać samokrytyki i otworzyć na moc równościowej wiedzy, która krętymi drogami zmierza do rewolucyjnej zmiany społecznej.

Tak, mam głęboko przyswojony patriarchalny model życia społecznego. Nie, nie chciałem tego, nikt zresztą o to nie pytał, gdy poznawałem „normalne” wzorce zachowań „normalnych” mężczyzn i kobiet. Dostałem to dziedzictwo od pokolenia mojego ojca i mojej matki (które dostało go od wcześniejszych pokoleń). Wyniosłem je z domu, ze szkoły, z ulicy, z telewizji. Nieustannie się z nim mocuję, niejednokrotnie ponosząc klęski (raniąc najbliższe mi osoby). Doświadczam jednocześnie refleksyjnej mocy wyzwolenia z okowów przemocowych struktur społecznej gry, wyzwalając tym samym miłość i zaufanie najbliższych mi osób. Doświadczając efektów emancypującej autorefleksji i przełożenia, jakie daje ona na praktykę życia wbrew nabytym wzorcom, tym bardziej wierzę w socjalistyczny projekt przewrotu społecznego.

Aby dostrzec powyższe zależności nie potrzebowałem już książki bell hooks, wiedziałem o nich wcześniej. Dla kogoś innego, kto wypiera realność patriarchatu, „Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum”, przetłumaczona przez Ewę Majewską i wydana w zeszłym roku przez Krytykę Polityczną (blisko 30 lat po pierwszym amerykańskim wydaniu) może się okazać książką bardzo użyteczną. Jej lektura wśród polskich towarzyszy i towarzyszek w walce o godność, równość i sprawiedliwość społeczną jest więcej niż wskazana. To bardzo dojmujące, gdy po raz kolejny okazuje się, że wśród osób na różny sposób zaangażowanych w Polsce w coś, co można nazwać ideową lewicą, wiedza o realnym feminizmie zastępowana jest często uprzedzeniami wobec feminizmu wyimaginowanego, a obrona maczyzmu i negowanie realności patriarchatu mają powab prawdziwie lewackiej rebelii wobec „politycznej poprawności”, która to „niepoprawność” z „lewackością” nie ma zresztą przecież wiele wspólnego – przeciwnie, stanowi oręż reakcyjnej międzynarodówki konserwatywnej. Patriarchat istnieje i ma się świetnie, na co dowód stanowią lewicowi działacze i uczestnicy ideowych dyskusji, wykpiwający jego realność. Czy można, będąc hegemoniczną ideologią, życzyć sobie czegoś więcej, niż przejrzystość nawet dla lewicowej krytyki?

Książka bell hooks jest, mimo kilku formalnych wad, dobrze skomponowana. Nie jest przeładowana akademicką nomenklaturą, skierowana do różnego czytelnika, który niekoniecznie ma doświadczenie w czytaniu abstrakcyjnych treści. Jest to ważne zwłaszcza ze względu na główną tezę „Teorii feministycznej”, czyli konieczność budowy szerokiego, powszechnego ruchu feministycznego, rozumianego jako jeden z istotnych elementów projektowanej przebudowy społecznej.

W „Teorii feministycznej” hooks zarysowuje horyzont zmiany o którą chodzi: to pożegnanie ze społeczeństwem opartym na dominacji (płciowej, rasowej, klasowej i wszelkiej innej). Zasada dominacji („przekonanie, że ten, kto ma wyższą pozycję, powinien kontrolować tego, kto ma niższą”) tworzy społeczne struktury opresji.

Opresja seksistowska ma pierwszorzędne znaczenie nie dlatego, że leży u podstaw wszystkich innych form opresji, ale dlatego, że jest praktyką dominacji, której doświadcza większość ludzi, bez względu na to, czy są dyskryminowani, czy sami dyskryminują, wyzyskiwani, czy sami wyzyskują. To praktyka dominacji, którą większość ludzi uczy się akceptować, zanim jeszcze dowiedzą się o istnieniu innych form opresji grupowej. Nie oznacza to jednak, że usunięcie opresji seksistowskiej wyeliminowałoby inne formy ucisku. Skoro wszystkie formy opresji są w naszym społeczeństwie ze sobą powiązane, ponieważ wspierają je podobne instytucje i struktury społeczne, jednego systemu nie można zlikwidować tak, by reszta pozostała nietknięta. Sprzeciw wobec seksistowskiej opresji jest podstawowym krokiem w dążeniu do wyeliminowania wszystkich jej form.

Wskazanie na dominację i wynikającą z niej opresję jako fundament panującego porządku (który – właśnie z przyczyny klasowej, rasistowskiej, (hetero)seksistowskiej i innych opresywności – jest generalną przyczyną naszego nań ataku i nieustannie ponawianych prób podkopywania, sabotowania, wywrócenia) jest o tyle oczywiste, co przywracające tę prostą ideę do centrum lewicowej debaty. Właśnie tak: jesteśmy przeciwni systemowi, który opiera się na dominacji, wyzysku, opresji, poniżaniu i wykorzystywaniu słabszych.

System oparty na dominacji silnych osobników nad słabymi to gra, której kluczową regułą jest darwinowska zasada sprawowania władzy w oparciu o przemoc, albo inaczej: heglowska relacja Pana do niewolnika. To, czego – jako ideowa lewica – chcemy, to wyjść poza tę logikę uznania Pana w tym, kto zaledwie decyduje się w to grać wbrew innym i, korzystając z takiej lub innej formy przemocy, dąży do uznania własnej supremacji (zwykle jest to mężczyzna – w rolach męża, ojca, szefa, białego czy heteroseksualisty – ale nie koniecznie).

Wszystkie relacje społeczne, o jakich w ogóle można pomyśleć, nawet jeśli z jakichś przyczyn muszą pozostawać hierarchiczne, można tworzyć poza logiką dominacji, w oparciu o wypracowany na nowo kontrakt społeczny. Jest to możliwe o ile zgadzamy się (a mam nadzieję, że jako ideowa lewica zgadzamy się), że społeczeństwo jest konstruowane i konstruowalne; że element biologicznego, „naturalnego” zdeterminowania ludzkiego organizmu i jego środowiska nie ma bądź nie musi mieć znaczenia społecznego.

Taki nowy kontrakt dla świata to utopia, horyzont który chcemy nazywać socjalizmem, komunizmem, anarchizmem czy w jakiś jeszcze inny sposób. Ciężcy od lektur teoretycy zdradzają tendencję do przycinania ich znaczeń do kwestii ściśle gospodarczych czy ekonomicznych, czasem odwrotnie: kulturowych czy psychologicznych, albo też szerzej: politycznych i klasowych. Tak jakby zniesienie społeczeństwa klasowego albo wywłaszczenie wywłaszczycieli miało moc wyzwolicielską na każdym poziomie społecznej konstrukcji. Tak jakby biologiczna, przemocowa zasada dominacji nie miała w przeszłości dostępu i możliwości demolowania osiągnięć rewolucyjnych osiągnięć.

Stan usprawiedliwianej społecznie (zawsze przez silniejszych) „natury” to znane od Róży Luksemburg barbarzyństwo. Socjalizm, o którym pisała w swojej słynnej i wiecznie żywej alternatywie, to twórcza moc człowieka pracy – myślącego, projektującego, planującego, wdrażającego plany i projekty twórcy wartości. Jeżeli jako ideowa lewica możemy żyć w horyzoncie wyobrażonego świata bez konfliktu klasowego, dlaczego tak często musimy (choćby po fejsbukach) spierać się o dominację seksistowską? Dlaczego tak rzadko przychodzi nam do głowy, by spróbować postawić się w roli ofiary nie tylko kapitalizmu, ale też koegzystującego z nim w gęstej sieci powiązań patriarchatu?

Nie, nawet jeśli pierzesz, gotujesz, zmywasz częściej niż dziewczyna, nie oznacza to, że patriarchat nie istnieje. To że go wypierasz, nie czyni go mniej realnym.

Czekam dnia, w którym o kwestii feministycznej zaczniemy mówić na polskiej ideowej lewicy jednym głosem (co bynajmniej nie zakłada konieczności identyczności poglądów na rozmaite kwestie wewnątrz feministycznego dyskursu). Wydaje mi się, że dzień ten jest bliższy niż był przed polskim wydaniem „Teorii feministycznej”. Trudniej od teraz będzie bez wywołania śmieszności na lewicy utożsamiać straszne słowo na „F” jedynie z Henryką Bochniarz.

Brak komentarzy: